„Taśmy rodzinne” Macieja Marcisza | Śmiej się i płacz

Gdy Maciej Marcisz nie ufa zbyt pięknie wydanym książkom, których tematem nie jest piękno, ja zaufałem jego wspaniale wydanym Taśmom rodzinnym właściwie od samego początku. Prawie dwa tygodnie wpatrywałem się w nie jak w obrazek, a potem – wzorując się na książkowej Mai – pochłonąłem je jednym tchem.

Marcin Małys ma 30 lat, 63 tysiące złotych długu i mętną wizję własnej przyszłości. Kiedy ojciec decyduje się go wydziedziczyć i przekazać wielomilionowy majątek na cele dobroczynne, Marcin postanawia odzyskać należne mu dziedzictwo. Żeby nakłonić ojca do zmiany zdania, musi przekonać do siebie matkę, siostrę i brata, którzy postanowili o nim na zawsze zapomnieć. Z przezabawnej historii o próbach radzenia sobie z dorosłością Taśmy rodzinne przeradzają się w poruszającą sagę rodzinną. (opis wydawcy)

Papierowe opakowanie na kasetę VHS, a w środku – zamiast kasety wideo – debiutancka książka Macieja Marcisza. W sumie, kiedyś mogłaby być ona filmową inspiracją, albo po prostu filmem. Udanym czy nieudanym, sam nie wiem, to zależy od czynników, na które i tak nie miałbym wpływu. Mam za to wrażenie, że w polskim kinie przydałby się taki zadłużony Marcin, artysta wizualny, z braku monet kupujący produkty „gorszego sortu” i unikający znajomych. Bynajmniej nie dlatego, że ich nie lubi, ale najprościej w świecie wisi im hajs. Tym bardziej, że dług bohatera i problemy z majątkiem ojca są tutaj jedynie punktami wyjścia do historii, w której niektórzy, a już szczególnie młodzi ludzie, mogliby się przejrzeć niczym w lusterku. Patrząc na swoje dzieciństwo, rodzinne anegdoty, po wszystko, co „tu i teraz”. Przynajmniej ja się nieco w Taśmach rodzinnych przejrzałem. Nie, nie mam kilkudziesięciu tysięcy długu (o zgrozo!) i raczej na pewno nie czeka na mnie kilkaset tysięcy złotych majątku, ale autor – choć spycha niekiedy skutecznie współczesność na dalszy plan – raz ostrożniej, raz dużo śmielej podkreśla nasz egoizm, niepokojącą zachłanność, przykre pozerstwo, kreację i ukierunkowanie na – powracający ponownie – hajs. Niczym ten z kanapki, o której śpiewała Mister D a ka Dorota Masłowska. Kiedy człowiek już się w Taśmach rodzinnych przejrzy, a już szczególnie we współczesnej części, dochodzi do konfrontacji z realem. Towarzyszy jej śmiech, ale – wiecie – taki przez rzewne łzy. I już tak niechętnie człowiek wyskakuje na miasto na kawkę, na ciastko, na francuskiego croissanta. Coś go powstrzymuje przed dodaniem kolejnej książki na Instagrama z dopiskiem „doskonała proza” i hashtagiem „bookstagram”. Wiem, może trochę wyolbrzymiam, ale coś w tym jest.

No i feralny balkon, pięć bloków od ich bloku. Należący do rodziców downa Wojtka. Down Wojtek miał zabawki z Pewexu i fajne ubranie. Mówił, że jego tata jest agentem i że on też jest agentem. Jan Małys nie chciał się z nim bawić, bo ręce śmierdziały mu zawsze tak, jakby przed chwilą wkładał je sobie do pupy, a miał zwyczaj podstawiania ich towarzyszom zabawy pod nos bez żadnego zrozumiałego powodu. Niektórym dzieciom to nie przeszkadzało, a może przeszkadzało, ale nie na tyle, by stracić okazję na pobawienie się fajnymi zabawkami. Pewnego dnia down Wojtek złapał parasol i postanowił zlecieć z balkonu wprost do piaskownicy. Niestety, nie było jak w bajkach, parasole nie działały jak spadochrony. Ale skąd down Wojtek miał to wiedzieć? (fragment książki Taśmy rodzinne s. 93)

A jeżeli Taśmy rodzinne nie są filmową inspiracją do historii zadłużonego Marcina, to mogą być miniserialem o rodzinie, z którą najlepiej wychodzi się na archiwalnych nagraniach. Na serial ten składają się cztery odcinki, których bohaterami są Marcin oraz Jan – ojciec tego pierwszego. W każdym z „epizodów” odnajdujemy ujmującą szczerość, nawet jeżeli jest to szczerość ukryta w fikcyjnych wydarzeniach, za którą Taśmy rodzinne lubię chyba najbardziej. Nic dziwnego, skoro debiut ten jest poniekąd autobiograficzny, a Marcin Małys z imienia i nazwiska nieprzypadkowo przypomina Macieja Marcisza. Do tego stopnia, że podczas lektury i literackiego życia Taśmami rodzinnymi przechrzciłem nieświadomie kilkukrotnie Macieja na Marcina. Książka niby dostarcza historyjek z rodziny nowobogackich, ale poniekąd są to rodzinne anegdoty każdego z nas, trochę takie „nasze” wspomnienia. To nie tylko na swój sposób zabawne opowieści o latającym downie Wojtku czy matce, która nie była od zawsze matką, ale również te bardziej łapiące za serce, jak chociażby historia Kory, domowego labradora. Chyba najbardziej wyrazista i najmocniej gnieżdżąca się w naszych głowach. W końcu Kora to nie tylko pies, ale przede wszystkim członek Małysowej rodziny. Jej odejście wybrzmiewa w całości trochę, jakby było punktem odpowiadającym ogólnemu rozpadowi więzi, a Kora takim wspólnym rodzinnym wspomnieniem, istotą wiążącą, pozostałością, która za sto dwadzieścia złotych bezpowrotnie znika. Ponownie jest uśmiech i są wewnętrzne łezki. Ponownie są pieniądze. Czy we współczesnym życiu generalnie chodzi o pieniądze?

Słabo pamiętam lata 90. Kiedy świętowaliśmy rozpoczęcie dwudziestego pierwszego wieku, ja – raczej tego nieświadomy – miałem raptem pięć lat. Końcówka wieku ubiegłego kojarzy mi się jedynie z psem mojej babci i paroma obrazkami w mojej głowie, będącymi odbiciami starych fotografii. A jednak Taśmy rodzinne wzbudziły we mnie jakąś nostalgię za przeszłością. Bo choć Janowi towarzyszy pogoń za pieniądzem, w której gubi nieco swoich bliskich, oraz nieustanne parcie do przodu w biznesie, to jakoś ta przeszłość we wspomnieniach młodego Marcina jest mimo wszystko miła. Może nie aż tak jak u Gogoli w przeuroczym Po trochu, o którym wciąż myślę z wielką sympatią, bo jednak są kłótnie, sprzeczki, dziecięce niesprawiedliwości, ale wciąż miła. Pewne niesnaski pomiędzy bohaterami prowadzą u Marcisza do trochę innej szczerości, w której owa nostalgia ma bardzo bliski kontakt z rzeczywistością. Ale nadal jest nostalgią. I moim pełnym tęsknoty westchnięciem.

Ciężko mi się rozstać z Taśmami rodzinnymi, dlatego piszę po kilka zdań na ich temat od ponad tygodnia, ale czas rozstania zbliża się nieubłaganie. No nic, odkładam debiut Macieja Marcisza na półkę (tak, właśnie to robię i jednocześnie klikam literki), nieco zauroczony i poruszony, czekam na książkę numer dwa, a do Taśm jeszcze wrócę, choć książkowe powroty czynię bardzo rzadko, o ile w ogóle. To rewelacyjny debiut, tylko jeszcze do końca nie wiem jak bardzo. Być może stąd ten chaos.

A o samej historii pisać więcej nie będę, bo wszystko, co o niej się powie, może zepsuć dobrą zabawę. Tę taką zabawę “śmiej się i płacz”.




1 Comment

  1. Asia czytasia

    Podoba mi się forma wydania

    Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *