„Słodki koniec dnia” | Obcy na zawsze?

Zapowiadając premierowy pokaz Słodkiego końca dnia, Jacek Borcuch – jego reżyser – powiedział, że dla niego jest to film o wolności. Wolność w tym przypadku bynajmniej nie jest rozumiana jako prosta beztroska. Przyjmuje tutaj raczej rolę wartości społecznie ograniczanej, której ostateczny zanik prowadzi do odtrącenia czy nawet wykluczenia. Słodki koniec dnia – zwycięzca Konkurs Polskiego na OFF Camerze – to film o cienkiej granicy pomiędzy korzystaniem z wolności a wykraczaniem poza społeczną normę, która czyni nas „obcymi”.

Miejscem akcji filmu jest etruskie miasto Volterra. Wszyscy się tu znają i szanują. Na niewielkim wzgórzu stoi dom Marii – polskiej poetki, laureatki Nagrody Nobla, autorytetu moralnego. Jej życie toczy się w rytmie włoskiej prowincji, jednak zostaje wywrócone do góry nogami, gdy otrzymuje szokującą wiadomość o tragicznym wydarzeniu. Pod wpływem emocji, podczas uroczystości nadania tytułu honorowego obywatela miasta, zamiast kurtuazyjnych podziękowań Maria wygłasza szokująco niepoprawną politycznie mowę. Od tego momentu bohaterka będzie doświadczać dotkliwych konsekwencji swojego wystąpienia. (opis dystrybutora)

Słodki koniec dnia opowiada o imigrancie. Jest nim nie tylko Nazeer, dobry znajomy rodziny, dostawca ryb, którego automatycznie określamy mianem „innego” (chociażby ze względu na odmienną fizyczność czy kulturę), ale również sama Maria Linde – Polka mieszkająca we Włoszech; „obcy” w nieswoim kraju, teraz już zasymilowany i oswojony nie tylko ze względu na swoją pozycję społeczną, ale również bycie światowym autorytetem. Niepokojące w filmie Borcucha jest to, jak łatwo ponownie można znaleźć się w pozycji „obcego” – w przypadku jego bohaterki może nie od razu nieakceptowanego, ale na pewno odtrąconego i zamkniętego w klatce z pejoratywnym napisem „inny”. Kontrowersyjna wypowiedź bohaterki, w której dzieło sztuki zestawia z zamachem terrorystycznym, oddziałującym na człowieka dużo mocniej niż jakakolwiek forma artystyczna, sprawia, że jej postrzeganie świata czy nawet moralność konfrontują się z zastraszonym społeczeństwem, dla którego zamach terrorystyczny jest przede wszystkim tragedią. Owo przemówienie, stanowiące najmocniejszy moment filmu, okazuje się jedynie punktem zwracającym krytyczny wzrok społeczności ku kobiecie. Podobnie zresztą dzieje się z patrzeniem widza. Ciężko powiedzieć, czy sympatyzujemy z Marią. W zależności od poglądów, mniej lub bardziej rozumiemy jej stanowisko. Niezależnie zaś od nich, odczytujemy jej tragiczną sytuację odtrącenia i zakleszczenia przez ramy, sugerujące wycofanie się. Odtrącenie głównej bohaterki rzuca nowe światło przede wszystkim na romans kobiety z Nazeerem, który przestaje być postrzegany jako zwykły romans, a staje się związkiem „obcego” z „obcym”. Trochę na zasadzie, jakby „obcy” rozumiał „obcego”, chciał mu pomóc, ale również otrzymał szanse na swego rodzaju ucieczkę, dzięki której – będąc na marginesie – może być szczęśliwy. Zauważmy, że mąż Marii jest „tutejszym”, stabilnym, nieco monotonnym czy lepiej rutynowym życiem. Romans z innym imigrantem jest sam w sobie gestem wyjścia poza normę (czyli tę stabilność), który mógłby zatrzeć granicę pomiędzy „naszym” i „obcym”. Tej granicy nie zaciera. Co więcej, w filmie jeszcze mocniej ją potęguje. Samo przemówienie Marii, jej romans i stosunek do całej sprawy są manifestacją wolności, konsekwentnie tłumionej przez ramy, które każą nie mówić, nie robić, a jak już się coś zrobi, to lepiej jak najszybciej się z tego wycofać.

Problem z odbiorem Słodkiego końca dnia w moim przypadku ciężko uzasadnić stricte filmoznawczo. Bardziej chodzi tutaj o osobiste podejście do imigrantów. Mój stosunek do nich określiłbym jako zupełnie skrajny i w efekcie niesprecyzowany. Z jednej strony, współczuję tym ludziom w ciągłym podkreślaniu ich „odmienności”, przynajmniej staram się zrozumieć ich sytuację, jestem otwarty na „innych” oraz nowe kultury. Z drugiej zaś strony, przemawia przeze mnie, wykluczający nieco otwartość, strach przed „obcym”, może niekoniecznie wypowiedziany, ale dochodzący do głosu od czasu do czasu w mojej głowie. Wydaje mi się, że moje nieokreślone podejście do tematu zaowocowało tym, że również z takim niesprecyzowaniem opuściłem salę kinową. Rozumiem filmowe stanowisko, ale nie wiem czy wystarczająco się z nim poczuwam. I to nie jest bynajmniej zarzut do Słodkiego końca dnia i Jacka Borcucha, ale taka moja refleksja, prowadząca do jednego wniosku. Ktoś z konkretnym stanowiskiem względem tematu, albo film znienawidzi, albo film go poruszy. Mnie ruszył dosłownym zakończeniem, ale to chyba bardziej odnośnie wcześniej wspominanej wolności niż tematu migracji.

Słodki koniec dnia to przede wszystkim dwie znakomite postaci kobiece. Maria to wielka kobieta, pisarka, artystka, zdobywczyni Nobla, odważna w poglądach, wyzywająca, stojąca właściwie w kontraście do swojej córki – bardziej stłumionej, żyjącej w tle matki. Kiedy gdzieś w połowie Słodki koniec dnia zalicza mały narracyjny dołek, uwagę widza utrzymują rewelacyjne Janda i Smutniak w świetnym duecie. Ta pierwsza, wyróżniona nagrodą aktorską w Sundance, kreuje postać wyrazistą, w której czuć niepewność, wątpliwość, ale też swego rodzaju siłę wzbudzającą podziw. Ta druga niemal uzupełnia Krystynę Jandę w aktorskiej emocjonalności. Wbrew wszystkiemu, to solidne kino. Poglądowo na pewno różniące widzów, ale w miarę sprawne i przepełnione kameralnością. Najciekawsze jest jednak to, że im bliżej końca, tym coraz mniej w Słodkim końcu dnia Włoch, szaleństwa i wina, a znacznie więcej naszej europejskości – niby nowoczesnej, a jakiejś takiej szarej i ograniczającej.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *