„Gloria Bell” | Przeganiając kota

Od czasu premiery Glorii, w przypadku Sebastiána Lelio zmieniło się wiele. Na jego koncie pojawił się Oscar za Fantastyczną kobietę, po której szybko zaliczył swój anglojęzyczny debiut w postaci Nieposłusznych. Najnowszy film reżysera, Gloria Bell to nic innego jak remake jego własnego filmu z 2013 roku. Tym razem osadza swoją bohaterkę w kulturze amerykańskiej, niby dużo łaskawszej, ale też poniekąd bezlitosnej dla dojrzałej kobiety, która decyduje się na przeżycie swojej „drugiej młodość”.

Gloria żyje pełnią życia, a przynajmniej każdego dnia bardzo się stara. Jej dorosłe dzieci mają dla niej coraz mniej czasu, a były mąż znajduje młodszą partnerkę, ale Gloria ciągle liczy na to, że w jej życiu pojawią się jeszcze fajerwerki. Kiedy w jednym z klubów nocnych poznaje Arnolda, nowy romans rozbudza w niej nadzieje na przyszłość. I choć życie trzyma w zanadrzu jeszcze niejedną niespodziankę, to Gloria nie zamierza obrażać się na swój los. (opis dystrybutora)

Kim jest Gloria Bell? To kobieta w średnim wieku, która kilka dobrych lat temu rozwiodła się z mężem oraz wypuściła dojrzałe i odchowane dzieci ze swojego domowego gniazda. Jest zaradną kobietą, która sama pracuje na swój sukces, i niezłą matką, starającą się odnaleźć kontakt z dorosłymi pociechami, które zostały porwane przez wir nowego życia. Nie pozostaje jej nic innego jak porzucić samotność i wziąć los w swoje ręce. Chodzi na dancingi. Doskonale się na nich bawi. Poznaje mężczyzn, spośród których próbuje wyłowić tego jednego jedynego, który w przyszłości stanie się być może towarzyszem jej życia. Raczej nie ma parcia, a do owych poszukiwań podchodzi ze zdrowym dystansem, i choć nie boi się zaangażować, pod wpływem rozsądku potrafi też potencjalnego kandydata skutecznie odrzucić. Arnold – mężczyzna, który zaczyna mieszać w jej życiu – sprawia, że Gloria jeszcze mocniej przesuwa granice oraz daje upust swoim fantazjom. Buduje to filmowy portret kobiety, dla której miłość czy nawet uczucie do drugiego człowieka są źródłem wielkiego szczęścia i prowadzą w pewnym sensie do życiowego spełnienia. Moje skupienie wokół postaci Glorii nie jest oczywiście przypadkowe. To nie tylko – tak po prostu – główna bohaterka filmu Lelio, ale przede wszystkim punkt największego utożsamienia, bez względu na wiek i prywatną sytuację. Chilijczyk kreuje w swoim remake’u portret kobiety po pięćdziesiątce, która nie boi się czerpać z tego, co przynosi jej los. Do tego stopnia, że każdy po filmie chciałby mieć takie podejście do życia, jakie prezentuje Gloria. Ba, każdy chyba chciałby być taką Glorią. Popełniającą błędy, ale szaloną i silną, nawet jeżeli jest to jedynie siła zupełnie pozorna. Przepędzającą negatywne emocje, choćby samotność czy zbliżającą się wielkimi krokami starość, niczym nawiedzającego jej mieszkanie kota sąsiadów, który – zamiast walczyć – prędzej nakazałby Glorii grzeczny spoczynek pod kocykiem na bujanym fotelu z drutami w ręce i korzystanie ze świętego spokoju.

Gloria Bell Sebastiána Lelio to przyjemne kino środka. Raczej niezobowiązujące pod względem emocjonalnym, choć koniec końców krzepiące nieco nasze zastałe serca. Nic dziwnego, skoro na ekranie obserwujemy bohaterkę, którą darzymy wielkim uczuciem; dojrzałą kobietę witającą z uśmiechem nowy dzień, biorącą życie w swoje ręce i z mniejszym lub większym spokojem przyjmującą kłody rzucane jej przez los pod nogi. Nasze serce drży najmocniej podczas przezabawnej konfrontacji z Arnoldem, ale również w samym zakończeniu, gdy słyszymy wspaniałą Glorię Laury Branigan, rozbrzmiewającą w mojej głowie za każdym razem, gdy przypominam sobie o filmie Lelio. Choć – co warto teraz zaznaczyć – raczej nie myślę o nim zbyt często, a miłość do Glorii finalnie okazuje się szybko ulatującym uczuciem. Można powiedzieć, że jest trochę taką miłością na jedną noc, a przecież nasza bohaterka szuka długotrwałego szczęścia. Jeżeli kogoś nie zadowala brak zobowiązań, film Lelio to przede wszystkim Julianne Moore, która w tytułowej roli jest znakomita. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazała się jedną z najważniejszych oscarowych kandydatek. W końcu dość umiarkowanie przeze mnie przyjętą Glorię Bell wnosi na znacznie wyższy poziom.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *