„Powrót” | Rodzinna opresja

Biorący udział w konkursie głównym Festiwalu Filmowego w Rzymie oraz walczący o Złotą Żabę na Camerimage, Powrót to najnowszy film Magdaleny Łazarkiewicz, w którym reżyserka przenosi nas do przepełnionego szarością małego miasta. Historią Ulki próbuje obnażyć dwulicowość ludzi, na co dzień kierujących się zasadami dekalogu. Czy reżyserce udało się wyjść ponad to, co już mieliśmy okazję ostatnio oglądać w polskim kinie?

„Powrót” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, historia 19-letniej Uli, dziewczyny z małej miejscowości, która została porwana i zmuszona do prostytucji w Niemczech. Po 2 latach udaje jej się uciec i wrócić do rodzinnego miasteczka, gdzie spotyka się ze społecznym odrzuceniem. Nie uzyskuje wsparcia nawet wśród najbliższej rodziny. Ula, mimo iż została skrzywdzona psychicznie i seksualnie, nie zamierza odgrywać roli ofiary. Buntuje się przeciwko wszechobecnej hipokryzji społeczności. W jej otoczeniu głosi się chrześcijańskie zasady miłości bliźniego, ale w codziennym życiu nikt tych zasad nie stosuje. Co więcej, chrześcijańskie miłosierdzie rozumiane jest opacznie i fałszywie, bo pozwala pod sztandarem wiary boleśnie krzywdzić. Nawet najbliższych. (opis dystrybutora)

Niby Łazarkiewicz nie określa swojego filmu antyreligijnym czy antykościelnym, ale po seansie ciężko zaprzeczyć temu, że reżyserka konfrontuje nas z obrazem tradycyjnej (a może raczej stereotypowej?), „kościółkowej”, polskiej rodziny. Główny problem tego portretu tkwi w jego zupełnie niepotrzebnym napompowaniu. Ojciec organizuje pielgrzymki, a w domu skupia swoją uwagę na twardym i stanowczym wychowaniu starszego syna. Matka codziennie żarliwie modli się przed podświetlanym domowym mini‑ołtarzem. Przybiera wówczas niemal wizerunek świętej (zresztą zostaje podczas obiadu określona świętą Anną), a tak naprawdę jest kobietą, duszącą w sobie kobiecość i własne pragnienia. Przyjacielem rodziny jest oczywiście ksiądz – wujek Jurek, mniej lub bardziej świadomy swojego alkoholizmu, goszczący na niedzielnych obiadkach. Dysharmonia, którą wywołuje powrót Ulki, jest jedynie punktem wyjścia do przedstawienia złudności dobrodusznej atmosfery, której bliżej do duszności niż dobra. Głowa rodziny, bardziej niż o Ulkę, martwi się o interes, od którego mogą odwrócić się klienci. Bo „kurwiła się” na Zachodzie. Sama Ulka siedzi samotnie w swoim „nieswoim” pokoju, zamkniętym przez matkę na klucz. Bo wstyd. Bo ludzie gadają. Starszy syn żyje skrępowany ciągłymi ograniczeniami i groźbami. Nie pojedziesz na turniej szachowy. Zabiorę Ci telefon. Z jego strony, zero buntu. Nienawidzi tylko swojej siostry, bo zabrała mu… pokój. Kuriozalna dla współczesnego widza wydaje się scena, w której syn wraca pijany i pobity do mieszkania, a ojciec – w ramach kary – ściąga mu spodnie i uderza go kilkukrotnie pasem, gdy zupełnie pasywna matka przytrzymuje głowę chłopaka, by ten się nie wyrywał. Podobnie jak ta, w której natchniony ksiądz niemal napastuje nastolatkę podczas spowiedzi, zrzucając ją na kolana. A mimo wszystko, hipokryzja rodzinnej dobroci nie wybrzmiewa tak, jak wybrzmiewać powinna. Odczucie przejęcia ustępuje miejsca odczuciu przesadnej dosłowności, a Łazarkiewicz buduje swój film na zasadzie „tak jest” i odbiera nam prawo do dyskusji. Trochę nie wypada też zadawać pytań. We całkiem aktualnej problematyce zamyka nieaktualnych bohaterów, których nie sposób zrozumieć. Kreuje świat, w którego istnienie ciężko już uwierzyć. Może kilka lat temu bym uwierzył.

Znacznie bardziej wartościowa w Powrocie jest postać Ulki, spotykającej się nie tylko z niechęcią bliskich, ale przede wszystkim z niechęcią ze strony miejscowej społeczności. Szepty i niezrozumienie słyszy się u Łazarkiewicz paradoksalnie bardzo dosadnie. Milcząca, wycofana, zamknięta w sobie, nie odnajduje się w rodzinnym ognisku, które zamiast przynieść jej ukojenie i spokój, staje się nowym źródłem opresji. Nie chodzi tutaj wyłącznie o przeszłość, determinującą postrzeganie bohaterki. Bardziej o pewną nieodwracalność wydarzeń, które sprawiły, że Ulka już nigdy nie będzie tą samą osobą, którą była przed zniknięciem. Dlatego też tak mocno wybrzmiewa scena rozmowy z terapeutką, w której bohaterka opisuje swoje traumatyczne doświadczenia. Wypowiada na głos to, co sprawiło pęknięcie w jej życiu i w jej osobowości; „co jej robili”; co ją na zawsze zmieniło. Najpiękniejszy w Powrocie jest jednak obraz dziecka – kilkuletniego brata Ulki – niezepsutego ideologiami, poglądami, a kierującego się prostym, niewinnym uczuciem do siostry. Uczuciem, którego zabrakło ze strony innych dla przeklętego „innego”.

Gdyby nie to, że na polskim podwórku zdarzyły się bardzo świeże Dzikie róże Anny Jadowskiej, w których reżyserka konfrontowała bohaterkę ze społecznym hermetyzmem, oraz przerysowana Twarz Małgorzaty Szumowskiej, będąca filmowym głazem rzuconym w stronę małomiasteczkowości, społeczny obraz Magdaleny Łazarkiewicz byłby może istotniejszy i bardziej dotkliwy. Tak, obraz ten jest trochę nieprzekonujący, ale w zamian otrzymujemy przejmujący dramat młodej kobiety, który emocjonuje od samego początku do dopowiedzianego (to słowo nie jest tutaj przypadkowe) końca. Powrót jest w ogóle filmem trzech kobiet. Obok reżyserującej Łazarkiewicz, ciężko nie wspomnieć genialnej, stonowanej Sandry Drzymalskiej w roli Ulki, która wyrasta na jedno z największych odkryć tego roku, oraz bardzo dobrej Agnieszki Warchulskiej, której już dawno nie mieliśmy okazji widzieć w tak ciekawej kreacji. Szczególnie dla Drzymalskiej warto ten film zobaczyć, a osobiście mam nadzieję, że Powrót otworzy jej drzwi do kolejnych projektów.

 




3 Comments

  1. Bożena

    Nieprzekonujący? Nieautentyczny? Jakbyś popracował tak jak ja z różnymi polskimi rodzinami – mam nadzieję, że zmieniłbyś zdanie. Film odważny i prawdziwy.

    Reply
  2. Paweł Pachla (Post author)

    Być może bym zmienił, w końcu na odbiór konkretnego filmu mają wpływ życiowe doświadczenia (chociaż nie użyłem w recenzji ani razu sformułowania “nieautentyczny”). Nie neguję, że polskie rodziny są różne i że wśród nich zdarzają się rodzinny patologiczne. Ten obraz jest trochę nieprzekonujący przede wszystkim filmowo (choć ma swoje mocne momenty, np. ten w kościele, kiedy Ula dołącza do kościelnego chóru), ze względu na napompowaną dramatyczność i dosłowność. Ale o tym już pisałem w recenzji. Pozdrawiam! 🙂

    Reply
  3. Pingback: Dobre, bo polskie: "Helsinki", "Po tamtej stronie", "Monument" i "Córka trenera"

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *