Dobre, bo polskie: „Helsinki”, „Po tamtej stronie”, „Monument” i „Córka trenera”

Czas człowieka niemiłosiernie goni, a niektórzy (ja!) chcieliby napisać na blogu o kilku dobrych rzeczach, które w marcu spotkały nas w polskiej szeroko pojętej kulturze. Tak dla kontrastu do bardzo złego Ciemno, prawie noc. W końcu swój drugi album wydała jedna z najciekawszych artystek na rodzimej scenie Daria Zawiałow. Otrzymaliśmy również długo wyczekiwany debiut Arka Kłusowskiego. Marzec to też premiera fenomenalnego Monumentu, który zachwycił mnie na ubiegłorocznym Festiwalu w Gdyni, oraz Córki trenera, która wprowadziła polską publiczność w letni klimat.

Z Polski do Finlandii

Helsinki Darii Zawiałow

Niby chciałbym napisać, że Daria Zawiałow zdała sprawdzian drugiej płyty, ale jednocześnie nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie. Już po debiutanckim, bardzo dobrym A Kysz!, wiedziałem, że album numer jeden jest jedynie przedsmakiem czegoś więcej, co przyniesie jego następca. Nie musieliśmy na jego zwiastuny czekać zbyt długo. Już pod koniec ubiegłego roku, artystka podzieliła się z nami pierwszym singlem Nie dobiję się do Ciebie, w którym znacznie odważniej sięgnęła po elektronikę, romansując z dźwiękami z końca ubiegłego wieku. Efekt był oszałamiający. Podobnie jest z samymi Helsinkami.

Dotychczas Helsinki kojarzyły nam się z fińską stolicą. Od dzisiaj będą również tegoroczną stolicą polskiej muzyki, ponieważ bez wątpienia mamy do czynienia z albumem wyjątkowym i jednym z tegorocznych najlepszych. Ciężko jakkolwiek zestawić go z bardzo spójnym debiutem. Bowiem drugie Helsinki są – wręcz przeciwnie – zupełnie różnorodne. Wcześniej wspominane Nie dobiję się do Ciebie, wspaniała singlowa Szarówka (teledysk za każdym razem równie mocno łamie serce, mimo że dobrze znamy jego szczęśliwe zakończenie) czy zdecydowanie najlepsze na płycie Gdybym miała serce to nostalgiczny powrót do lat 80. oraz hybrydy gitar i syntezatorów. Bywa też nieco ostrzej, a Zawiałow – pokazując ponownie pazur – serwuje mocniejsze Punk Fu! czy Zimne ognie z wersji deluxe. Na Helsinkach słychać również echa debiutu (Saloniki czy Hej Hej!, które powinno być kolejnym singlem promującym album) i broń Boże, nie jest to żaden zarzut. Powiedziałbym nawet, że sprawiają wrażenie lżejszych pozycji na albumie; przystępniejszych, w wielu przypadkach również świeższych (szczególnie tytułowe Helsinki są takim powiewem). To, co normalnie nazwałbym „poszukiwaniami”, albo co gorsze „niezdecydowaniem”, u Darii Zawiałow składa się na imponującą całość. Tajemniczą, pochmurną, tekstowo smutną, ale piękną niczym stolica Finlandii. W końcu od premiery płyty moim marzeniem jest posłuchać Helsinek Darii Zawiałow właśnie w chłodnych fińskich Helsinkach. Jedziemy?

Po właściwej stronie

„Po tamtej stronie” Arka Kłusowskiego

Zawsze wyjątkowo ciekawią tak wypracowane debiuty, do których droga była długa, pełna zakrętów i przeszkód. Dla Arka Kłusowskiego przełomem był finał The Voice of Poland w 2013 roku. Później pojawił się koszmarny „povoicowy” singiel Podpalimy miasta, o istnieniu którego staram się zapomnieć. Kiedy artysta zniknął nieco z moich muzycznych radarów, w 2016 roku zaprezentował efekt współpracy z Michałem Wasilewskim (xxanaxx) – singiel Na niby – zwiastujący jego pierwszy album Mimowolnie. Kilka kolejnych piosenek pojawiło się w tvnowskiej Drugiej szansie, a albumu nie było. Debiut – Po tamtej stronie – otrzymujemy dopiero w 2019 roku.

Jakkolwiek krzywdzące nie byłoby to dla samego Kłusowskiego, powiem: „i dobrze”. Słychać na tym debiucie muzyczne doświadczenie i konkretny kierunek, których nie wypracowuje się „na już”. Czas działał tylko i wyłącznie na korzyść – teraz już pełnoprawnego – debiutanta, którego Po tamtej stronie idealne nie jest (kręcę trochę nosem słuchając chociażby Treści zakazanych), ale trudno mu odmówić nieszablonowości, tak bardzo potrzebnej na szeroko pojętej polskiej scenie popowej (toż to może ambitny pop?). Co więcej, nieszablonowości, która – w tym przypadku – może trafić do szerokiego odbiorcy. Wciąż zastanawiam się, dlaczego Szukam nie jest regularnie grane w komercyjnych stacjach radiowych. Gdybyśmy się bawili w porównania, byłoby to połączenie Dawida Podsiadło i Ani Dąbrowskiej, czyli stałych bywalców polskiego AirPlaya, z imponującym dodatkiem charakterystycznego głosu Arka Kłusowskiego. Potencjalnymi przebojami są również najlepsze na albumie Odejdź czy electropopowe w zwrotkach Zbiegi samotności, zaskakujące elektryzującym, znacznie mocniejszym refrenem. Trzeci singiel zaś – Rocznik 92 – mógłby dołączyć do tracklisty Helsinek Darii Zawiałow. Im dłużej go słucham, tym coraz bardziej mam wrażenie, że rocznik 92 tak naprawdę mógłby być każdym innym młodym rocznikiem, a może i nie tylko młodym. Samo Po tamtej stronie to album, na którym mainstreamowe, popowe brzmienie przenika się z alternatywną „innością”, tkwiącą przede wszystkim w charyzmatycznym wokalu Kłusowskiego – jego charakterystycznej barwie i wyważeniu. Tym bardziej, nie zdziwię się, jeżeli w przyszłym roku znajdzie się on pośród nominowanych do Fryderyka za debiut roku i – co więcej – zakończy galę ze statuetką. Ale może to niejedyna nominacja, która czeka na Arka Kłusowskiego. W końcu jego debiutancka płyta to kawał solidnego popu, a tego nigdy za mało na polskim podwórku.

Pomiędzy

Monument reż. Jagoda Szelc

Przed dwoma laty, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Wieżę. Jasny dzień, pomyślałem podobnie do większości widzów: „Jagoda Szelc – trzeba zapamiętać”. Różnica była jednak znacząca – Szelc wyrosła na jedną z największych niespodzianek Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a ja – choć zaintrygowany – narzekałem. Kolejna edycja gdyńskiego święta polskiego kina przyniosła następny film Szelc. I znowu narzekałem.

Tym razem jednak nie na film, a na zatrważającą porażkę w Konkursie Inne Spojrzenie, w którym Monument odstąpił nagrodę całkiem niezłej Ninie Olgi Chajdas. Choć wybór wydawał się dość przewidywalny, osobiście widziałem inny, jedyny słuszny. Narzekałem, bo dzieło Szelc było nie tylko najlepszym filmem Innego Spojrzenia, ale przede wszystkim najlepszym tytułem całego Festiwalu*. Z jednej strony, Monument jest bardzo podobny do debiutanckiej Wieży. Szczególnie pod względem dusznej atmosfery, w której fascynuje nas niejednoznaczność zdarzeń. Trochę jakby Jagoda Szelc zarysowała tym filmem dokładniej swoje spojrzenie na kino. Z drugiej – reżyserka domyka wykreowany świat, dopowiada finał, trochę jakby „na odwrót” do debiutu zezwala na domysły przez praktycznie cały film. A nawet jeżeli widz nie bawi się w domysły, to i tak czerpie z tego filmu garściami. Zresztą sama reżyserka mówi, że dzieła nie trzeba rozumieć. W tym kontekście ważniejsze jest przeżywanie. Monument przeżywa się całym sobą. Przenika się w jego wnętrze, nienamacalnie czuje się jego gęstość, chłonie się to przedziwne miejsce pełne różnorodnych postaci (ileż dobrych młodych ról!). Aż strach pomyśleć, co Jagoda Szelc zaprezentuje w kolejnym filmie, a kto jeszcze Monumentu nie widział, niech szybko to zmieni. Wielkie przeżycie!

* powiedzmy, że na równi z Zimną wojną, ale ja ciągle zapominam, że Zimna wojna była w Konkursie Główny, bo jej premiera odbyła się kilka miesięcy przed Festiwalem.

Wakacje na korcie

Córka trenera reż. Łukasz Grzegorzek

Niespełna trzy lata temu zaprezentował swój debiutancki film Kamper. Opowiadał w nim trochę o męskiej niedojrzałości, którą wówczas określiłem na swój sposób uroczą, oraz – już bardziej – o młodych ludziach. Tak po prostu. Było świeżo, z wdziękiem i nie bez wad. Podobnie jest z najnowszym filmem Łukasza Grzegorzka, z Córką trenera. To wakacyjna opowieść o relacji pomiędzy córką, ojcem i… tenisem.

Przy okazji tekstu o Powrocie Magdaleny Łazarkiewicz, zwróciłem uwagę na aktorskie odkrycie w postaci Sandry Drzymalskiej. Córka trenera Grzegorzka zdaje się przynosić tegoroczne drugie odkrycie na polskim podwórku, a mianowicie charyzmatyczną i pełną uroku Karolinę Bruchnicką (mogliśmy ją zobaczyć również w Monumencie Szelc). Aktorka wciela się w postać młodej dziewczyny, która spędza wakacje „w trasie” pomiędzy kolejnymi punktami mapy tenisowych zawodów. Wiktoria zamknięta jest przez ojca‑trenera (świetny Jacek Braciak!) w świecie całkowicie poukładanym, w którym sportowiec musi znać swoje cele oraz zdawać sobie sprawę z wyrzeczeń związanych z ich realizacją. Interesująca jest przede wszystkim łącząca dwójkę relacja. On jako trener niby ma córkę, ale przede wszystkim ma zawodnika, któremu oddaje całą swoją energię. Bywa porywczy, średnio wyrozumiały i niekiedy wylewa swoją frustrację na Wiktorię. Ona niby jest sportowcem, ale przede wszystkim jest młodą dziewczyną, którą bardziej zaczyna ciekawić życie. Rodzinne kino drogi przenika się u Grzegorzka z kinem inicjacyjnym – pierwszym wakacyjnym alkoholem, papierosem, chłopakiem; wakacyjnym poczuciem swobody, na który dotychczas Wiktoria nie mogła sobie pozwolić. Oboje wychodzą poza wykreowaną strefę komfortu, a wakacje, mimo że pełne kłótni i konfliktów, stają się dla bohaterów w pewnym sensie przełomem. Choć u Grzegorzka bywa czasami nieco nudnawo, a tenisowe sekwencje nie robią aż takiego wrażenia, na jakie wskazywali inni, jest to na polskim podwórku bardzo świeża opowieść o rodzinnych relacjach, nieporozumieniach i próbie wygospodarowania przestrzeni dla siebie, utrzymana w klimacie rodem z Sundance. Wielkie serducho za Króla na soundtracku.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *