„Gdyby ulica Beale umiała mówić” | Miłość obecna

Zastanawiam się, co powiedziałaby ulica Beale, gdyby faktycznie umiała mówić. Czy byłoby to sloganowe „zawsze ufaj miłości”? Szczerze wątpię. Niby Barry Jenkins w swoim najnowszym filmie opowiada o prawdziwym uczuciu, ale zdaje się, że chodzi tutaj o jeszcze więcej – o zakochanych ludzi i po prostu ludzi.

Młodziutka Tish kocha Fonny’ego nad życie. Z wzajemnością, bowiem chłopak nie widzi świata poza nią. Zostają jednak rozdzieleni, gdy Fonny trafia do więzienia pod zarzutem gwałtu na pewnej Portorykance. Chłopak ma doskonałe alibi, ale zdaje się, że w oczach policji niweluje je kolor jego skóry. Tish i Fonny nie przestają się jednak kochać, spodziewają się zresztą dziecka, a dziewczyna i jej doświadczona przez życie matka podejmują różne próby uwolnienia chłopaka od postawionych mu zarzutów. Czy miłość i rodzinna solidarność będą w stanie złagodzić traumę dłuższego pobytu w więzieniu? (opis dystrybutora)

Pomimo niedoskonałości, o których nie omieszkam wspomnieć za chwilę, Gdyby ulica Beale umiała mówić to przede wszystkim piękna, ujmująca opowieść o miłości – nieidealnej, ale bezgranicznej. Ciągle rozwijającej się, w której ta procesualność staje się czynnikiem stanowiącym o wyjątkowości filmowego uczucia. Jenkins podkreśla upływ czasu, podczas którego bohaterowie odkrywają kolejne aspekty swojej relacji. Jako dzieci przypominają papużki nierozłączki – wspólnie spędzany czas, zabawy, kąpiele. Wiele lat później, niespodziewanie przychodzi uczucie oraz kluczowa umiejętność nazwania go – dostrzeżenie aparycji drugiego człowieka, obserwowanie jego fizyczności i w końcu poznawanie cielesności. Stąd też to niesamowite wrażenie obserwowania na ekranie miłości bardzo głębokiej, będącej efektem długiego procesu poznawania, trwania i doznawania. Oprócz procesualności, ważne wydaje się również osadzenie uczucia pośród afroamerykańskiej społeczności. Jenkins nie bazuje jedynie na jej kulturze. Za Baldwinem – autorem pierwowzoru – sięga po kontekst, podkreślając poniekąd dysharmonię w społeczeństwie amerykańskim, w którym bohaterowie muszą się zmierzyć z „białym” niesprzyjającym światem (pozwalając sobie oczywiście na generalizację). Dzięki temu relacja nie jest pozbawiona dopowiedzenia oraz osadzenia. Co więcej, tłumaczy źródło mocnych więzi na jeszcze inny sposób, już niekoniecznie jako długoletni związek, ale związek tworzący jedność w trudnym dla „czarnej miłości” świecie. Jenkins tym samym unika uniwersalizacji, stawiając jeszcze mocniej na jednostkowość uczucia.

Niedoskonałości to przede wszystkim małe problemy z utrzymaniem tempa historii. Reżyser oscarowego Moonlight nieco chaotycznie rozkłada emocjonalne akcenty. Nie jest to może film zbudowany na wzlotach i upadkach, bo tych po prostu nie ma, ale na pewno można dostrzec emocjonalne uniesienia przeplatane przez nagłe zwolnienia. Trochę jakby Jenkins chciał co jakiś czas spuścić z wysokiego melodramatycznego/dramatycznego tonu. Pytanie: po co? Skoro ten ton w opowiadaniu sprawdza się niemal doskonale i dostarcza emocjonalnych doświadczeń, nawet gdy wkrada się tam nutka amerykańskiej ckliwości. Od spotkań przy więziennej szybie, gdzie często słyszymy miłosne wyznania (James i Layne są świetnym duetem!), przez więzienne opowieści, po konfrontację matki Tish z oskarżycielką, którą najprawdopodobniej Regina King zagwarantowała sobie oscarową statuetkę. Ważne jest też tutaj oddanie głosu głównej bohaterce. Jako narratorka przeprowadza nas przez retrospekcje, miłosne doświadczenia, ale również swoje własne przemyślenia i obserwacje. I nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo potrzebne było to oddanie głosu Tish. Podkreśla on nie tylko szczerość, ale przede wszystkim oddaje to, co było niewypowiedziane pomiędzy bohaterami, a zostało wypowiedziane widzowi.

Bardzo brakuje mi tego filmu w głównej oscarowej kategorii, nawet jeżeli miałaby to być jedynie nominacja, która nie miałaby szans na zamienienie się w Oscara. Nie tylko dlatego, że Czarna pantera czy Bohemian Rhapsody pozostają „w tyle” za tym filmem. Akurat to można powiedzieć o kilku innych tytułach, które mogłyby podmienić te wspomniane (chociażby Pierwszy człowiek, czy nawet Can You Ever Forgive Me?, nie mówiąc już o polskiej Zimnej wojnie). Wydaje mi się, że żaden tegoroczny film z głównej kategorii nie opowiadał w taki sposób o miłości, którą chce się chłonąć, i którą chce się czuć. Były Narodziny gwiazdy, to prawda. Tam jednak o miłości opowiada się inaczej. To niemal hollywoodzkie uczucie, z głosem Lady Gagi, który jest jednocześnie największym bogactwem filmu, piękne i głośne. W Gdyby ulica Beale umiała mówić miłość przyjmuje dużo cichszy charakter – uczucia pochowanego po obskurnych loftach, których jedynym „haczykiem” jest zagrożenie pożarowe.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *