„Ciemno, prawie noc” | Barbie z piekarnika

Kilka lat po tym, jak Joanna Bator odebrała Nike za powieść Ciemno, prawie noc, na ekranach kin zagościła jej filmowa adaptacja autorstwa Borysa Lankosza. Wielkie nadzieje pokładane w nazwisku reżysera, czołowych polskich aktorach, docenionym pierwowzorze oraz późniejszym, wiele obiecującym zwiastunie, rozpadły się równie szybko, co zadziały się powieściowe i filmowe porwania dzieci. Były, i nagle ich nie ma.

Paradoksalnie, największą trudnością, którą Lankosz napotkał na swojej drodze, była książka Bator. Jej Ciemno, prawie noc – choć nieidealne, i o tych niedoskonałościach chętnie wspomnę trochę niżej – wielokrotnie zasysa gęstym klimatem. Bator bardzo umiejętnie wprowadza do książki niepokojącą aurę tajemniczości, która czasami kieruje nas w rejony nieco mrocznej baśni, a od czasu do czasu w stronę zupełnego odrealnienia. Pojawiające się postaci Apolonii Kitty Kitty czy Babcyjki są niczym dobre wiedźmy, wprowadzające do książki pewien rodzaj poziomu meta. Autorka na łamach powieści może sobie pozwolić też na liczne retrospekcje, nie tracąc przy tym tempa i sensu całokształtu, dorzucając do niego kolejne smaczki i – w przypadku Bator – mnożące się dramaty. Lankosz w swoim filmie rezygnuje z wątków pobocznych, towarzyszących historii kryminalnej (chociażby wątek Celestyny czy wałbrzyskiej Matki Boskiej Bolesnej), skupiając swoją uwagę na Alicji Tabor, jej powrocie i demonach przeszłości, oraz na motywie zaginionych dzieci. Niby starał się nieco bardziej zwrócić ku intrydze kryminalnej (która akurat nie jest najmocniejszą stroną pierwowzoru), ale nie uniknął zbyt skrupulatnego brnięcia w historię rodziny Alicji. Przez to Ciemno, prawie noc sprawia wrażenie filmu, który po drodze zapomniał, że już nie jest niespełna parusetstronicową powieścią. Tym samym otrzymujemy dramat z elementami kryminału, który opowiada o poszukiwaniu zaginionych dzieci, ale również śmierci siostry Alicji, młodości przyjaciela jej rodziny, chorobie psychicznej matki, drugiej wojnie światowej, władającej wałbrzyskim zamkiem Księżnej Daisy, kociarach, kotojadach, ukrytych w podziemiach zamku perłach i pedofilii. Bank dostępnych tematów eksploduje, a Ciemno, prawie noc po widzu jedynie spływa, pozostawiając irytujący niesmak.

Zastanawiam się, czy w ogóle możliwe jest satysfakcjonujące zaadaptowanie powieści Bator. Oddanie tego klimatu, niejednoznacznych postaci, przedziwnej aury odczuwalnej podczas lektury. Początek adaptacji Lankosza sugerował, że tak – najpierw nastrojowe podążanie za jadącym pociągiem (odpowiedzialny za zdjęcia Koszałka bardzo stara się ratować atmosferę filmu), później eksponowanie szarości, brzydoty i nieprzystawalności bohaterki siedzącej pośród niepokojących pasażerów, spośród których każdy mógłby być dziecięcym porywaczem. Idąc dalej, to, co u Bator było po prostu ciekawe, u Lankosza wybrzmiewa niestety trochę karykaturalnie. Wypowiadany kilkukrotnie przydomek Apolonii Kitti Kitti, wywołuje za każdym razem nieśmiały uśmiech politowania. Pojawiająca się od czasu Babcyjka, choć zagrana przez świetną Aleksandrę Konieczną, jako postać wybija z całokształtu swoją przesadną groteskowością. Intrygujące kotojady, istotne w pierwowzorze, w filmie giną w tłumie kolejnych zdarzeń. Nawet próba naśladowania językowej stylizacji Bator, chociażby w konfrontacji z sąsiadem Mizery, poraża swoją sztucznością. Choć ostatecznie skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że Ciemno, prawie noc dobrze działa na papierze, a na kinowym ekranie już niekoniecznie, zastanawiam się, kto inny mógłby zająć się adaptacją. Bo mam niemiłe wrażenie, że nieważne kim byłby reżyser, skończyłby podobnie jak Lankosz.

Mimo że w stosunku do filmu bardzo mocno podkreślam znacznie wyższy poziom powieści Bator, nie jest to książka pozbawiona wad. Autorka bardzo dobrze operuje retrospekcjami, składającymi się na mocne tło wątku współczesnego, mocno oddziałujące na działania bohaterki i jej życie samo w sobie. Książkową przeszłość buduje ryzykowanie, a kiedy czytelnikowi zdaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak może. Bator balansuje na granicy przesadnej dramatyczności i kilkukrotnie ją delikatnie przekracza. Udaje jej się jednak wypracować literacką wyrazistość, której tak bardzo brakuje wersji filmowej. Dużo mocniej wybrzmiewa również sama postać Alicji, odkrywająca swoją przeszłość i układająca pojedyncze części układanki. Jej historia jest kreowana, a nie sucho wykładana, jak zdaje się to dziać w przypadku Lankosza. W pewnym momencie, Alicja, jej rodzina oraz przeszłość, stają się dużo ważniejsze od samej intrygi kryminalnej, która w ich obliczu staje się zupełnie nieatrakcyjna. Nawet ciekawi nas jej zakończenie, pod względem zastosowanego motywu nieco przewidywalne, ale po emocjonujących rozdziałach związanych z postacią Alicji, w wątku kryminalnym Ciemno, prawie noc zdaje się lekko zwalniać. Zastanawiam się też, skąd wziął się pomysł na trzy internetowe „bluzgi” oraz przesadzoną stylizację języka na forum internetowe, które są niemal nie do przebrnięcia. Naprawdę, nie wiem, na jakich forach autorka szukała inspiracji, ale albo zaginęła w przestrzeni internetowej, albo odnalazła jego sromotny koniec.

A ja swoją barbie spaliłam w piekarniku…

Jeżeli miałbym jeszcze na koniec wskazać rzeczy, które w filmie Lankosza się udały, to oprócz zdjęć Koszałki, wskazałbym rozmowy Alicji z opiekunami porwanych dzieci. To nie tylko właściwie jedyne emocjonujące sceny, jeszcze lepiej działające niż w powieści Bator, ale przede wszystkim rewelacyjne epizody Romy Gąsiorowskiej (ta charakteryzacja!), Piotra Fronczewskiego oraz Krystyny Tkacz. Jednak im dłużej od seansu, tym coraz mocniej skupiam się na tym, co w Ciemno, prawie noc się nie udało. To jest bardzo zły film, i nawet nie wiem, czy to w ogóle mógłby być dobry film. Jako, że nie umiem uciec od skojarzeń z rewelacyjnymi Ostrymi przedmiotami (motywy porwania dzieci, powrotu do domu, śmierci siostry, rodzinnych korzeni oraz uwikłania w przeszłość), trochę na wyrost (ja wiem!) określę filmowe Ciemno, prawie noc takimi „Ostrymi przedmiotami w Wałbrzychu”. Gorszymi, karykaturalnymi, nieco żenującymi, próbującymi bezskutecznie zaintrygować i wstrząsnąć. A jeżeli ciekawi Was historia Alicji, sięgnijcie po książkę. Nierewelacyjną, ale o niebo lepszą od filmu.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *