„Head Above Water” Avril Lavigne | Wynurzenie

Czy ktokolwiek w Polsce pamięta jeszcze o Avril Lavigne? Sam sobie odpowiem: ktoś może tak, choć po cichu szepczę, że jest to raczej niewielka garstka osób. Po bardzo przeciętnym self‑titled albumie oraz późniejszej ciężkiej chorobie, Kanadyjka powraca z nowym materiałem. Album zatytułowany jest Head Above Water, ale czy Avril przypadkiem nie tonie?

Pierwszy, tytułowy singiel, który był wielkim come backiem Avril Lavigne, zwiastował bardzo dużo dobrego. Wokalistka powróciła w niewiarygodnie mocnym stylu z power balladą posiadającą niezbędne emocje i świetny wokal. W rankingu najlepszych piosenek ubiegłego roku, w którym singiel otwierał trzecią dziesiątkę topki, pisałem: „Wszyscy, którzy mówili o jej artystycznym końcu, mogą być spokojni. Head Above Water koresponduje z pierwszymi albumami Avril, a ona sama brzmi tutaj najdojrzalej w swojej dotychczasowej karierze”. Minęło niespełna dwa miesiące, a swoich wcześniejszych osądów nie jestem już taki pewny. Wciąż podtrzymuję, że singiel promujący płytę to jedna z najlepszych rzeczy, jakie Avril zrobiła w swojej karierze. Jednocześnie sam album przynosi obraz artystki, która ponownie próbuje wypracować kompromis pomiędzy tym, co czuje, i co pragnęliby usłyszeć słuchacze, oraz tym, czego wymaga od niej bezlitosny rynek muzyczny, na którym nagle zabrakło dla niej miejsca. Nie chciałbym jednak być zrozumiany źle. Pomimo tego wszystkiego, to wciąż najlepszy album Avril Lavigne od czasów The Best Damn Thing. Naprawdę.

Słuchając Head Above Water odczuwa się wyjątkową nostalgię za dwoma pierwszymi albumami artystki i ta tęsknota zostaje przez nią w pewnym stopniu zaspokojona. To wszystko za sprawą pop rockowych ballad, w których słyszymy tę dojrzałą, bardziej wyrazistą Avril. Mam tutaj na myśli nie tylko największy na tym albumie tytułowy singiel, otwierający zresztą płytę, ale również następujące po nim Birdie czy trzecie I Fell In Love With The Devil. W drugim singlu słyszymy bardziej romantyczną Avril, ale to dopiero ten trzeci – Dumb Blonde – daje nam wokalistkę, jaką pamiętamy z jej największego przeboju Girlfriend. Choć ta zadziorność ostatnio wcale nie działała szczególnie na jej korzyść (singiel Rock N Roll z poprzedniego albumu był bardzo okej i właściwie nic więcej), Dumb Blonde wyrasta na najbardziej przebojowy utwór płyty. Czuć w nim dobrą zabawę, oddech i nutę świeżości, mimo że akurat takiej piosenki mogliśmy się spodziewać po Avril najbardziej. Wciąż zastanawiam się, po co w roli gościa pojawia się w nim Nicki Minaj, która już dawno przestała być jakkolwiek zaskakującym i przyciągającym gościem na featuringu. Ale jest, i w ostateczności można ten wybór zaakceptować. Niestety, gdzieniegdzie wkrada się zwykłość – nie ma wówczas ani tych nieco bardziej podniosłych dźwięków, ani szaleństwa, ani żadnej innej nuty wyrazistości. Takie Souvenir mogłoby się znaleźć na płycie każdej gwiazdki popu, która potrzebuje kilku zapychaczy pomiędzy ograne przeboje. Podobnie jest z Bigger Wow, lekkim i nijakim zarazem Love Me Insane, czy irytującym refrenem Goddess. Wtedy zastanawiam się, czy nagranie kolejnego Hello Kitty nie byłoby jakimś wyjściem. Nie wiem czy dobrym, czy złym, ale na pewno „jakimś”. Przynajmniej zaraz po usłyszeniu płyty nie zapomniałbym o jej istnieniu, a choć album Head Above Water jest lepszy od dwóch poprzedników, to wciąż trudno go zapamiętać. Myślisz Avril i najpierw widzisz zbuntowaną dziewczynę, śpiewającą Complicated lub My Happy Ending, a potem platynową blondynę z różowym pasemkiem, która jest „motherfuckin’ princess”. Ciężko zobaczyć Avril współcześnie, która kreując w swojej karierze dwa wyraziste wizerunki, na najnowszej płycie znalazła się pomiędzy nimi. Jest lepiej, ale z bólem tonącego w nostalgii serca, to jeszcze nie to.




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *