„Mój piękny syn” | Bez łez, bez serca

Powiedzieć, że Mój piękny syn to jedna z najważniejszych premier otwierających 2019 rok, to jakby nie powiedzieć właściwie niczego. Hype, który wytworzył się w pewnym momencie wokół tego tytułu, narastał z każdą kolejną zapowiedzią i właściwie pękł w chwili, gdy film oficjalnie pojawił się na ekranach polskich kin.

To mógł być udany film – od takiego stwierdzenia rozpocznę swoje psioczenie. W zamian otrzymujemy ładny, prostoliniowy obrazek z bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi. W pakiecie zaś odczucie strachu twórców przed zrobieniem kroku naprzód, którym wyszliby jakkolwiek naprzeciw widzowi. Felix Van Groeningen – reżyser bardzo dobrego W kręgu miłości – wyrazistość zastępuje „grzecznością”, która w Moim pięknym synu wybrzmiewa aż zanadto. W niespełna dwugodzinnym filmie próbuje zamknąć opowieść o relacji pomiędzy ojcem i synem, historię młodego narkomana oraz obraz wpływu choroby na najbliższych. Pozornie wydawać by się mogło, że zazębiające się wątki przenikną się wzajemnie na ekranie. Finalnie zaś żaden z nich nie wybrzmiewa należycie dosadnie, mimo że ten poświęcony ojcowskiej miłości wysuwa się na plan pierwszy zdecydowanie najczęściej (i dobrze, bo jest najciekawszy). Główny problem tkwi w ograniczeniu, jakie stanowi dla reżysera czas. Niby doceniam twórców za zaznaczenie nawrotów choroby („które są częścią leczenia”) oraz niekonsekwencji Nica w walce z narkomanią, ale każdy kolejny niepogłębiony powrót do narkotyków sprawia, że w pewnym momencie Nic staje się bohaterem nieco nam obojętnym. Jakkolwiek brutalnie to nie brzmi. Z podobną obojętnością myślę o Moim pięknym synu, któremu udaje się pobudzić emocjonalnie widza w ostatniej scenie, ale całokształt to raczej nieodczuwanie. Groeningen klepie po plecach swoich bohaterów, czasami podstawi im nogę… i tyle.

Zastanawiam się, jakby ten film wybrzmiał bez muzyki.

Naprzeciw reżyserowi wychodzą aktorzy, którzy próbują wnieść do tego obrazka trochę energii, emocji czy jakkolwiek rozumianego życia. Jednocześnie zderzają się ze ścianą – kreują szczere aktorskie wcielenia, ale gdzieś też zostają uwikłani w tę grzeczną narrację i nie mogą wynieść tego filmu poza sferę mdłego bezpieczeństwa. Nawet szarżujący Timothée Chalamet, zresztą świetny w roli rozchwianego narkomana, który ciągle błądzi w swoich myślach i czynach, nie potrafi wytrącić widza z emocjonalnej bezczynności. Owszem, pod względem aktorskim, razem ze Stevem Carellem kradną sobie wzajemnie kolejne sceny. Aktorski pojedynek dwóch panów, chyba wygrany przez Carella, dzieje się jednak jakby poza całą historią. Trochę na zasadzie – wyraziści aktorzy sobie, nijaka historia sobie.

Emocjonalny niedostatek po filmie można obalić bardzo łatwo – krytyk nie ma serca, ludzie odczuwają inaczej, gusta są różne, a zresztą nie każdy film o narkomanii musi być miażdżącym Requiem dla snu (à propos jednego z filmwebowych głosów). Tak, tak, tak, i tak. Nie zmienia to jednak faktu, że Mój piękny syn nie jest ani konkretny, ani wybitnie zapadający w pamięci (dzień po seansie myślę o dwóch scenach), ani tym bardziej szczególnie głęboki; nawet nie stara się eksplorować portretów filmowych bohaterów dotkniętych bezpośrednio lub pośrednio przez narkomanię. Początek roku rozpoczynamy od sporego rozczarowania, a spośród trójki filmów o uzależnieniu, które w styczniu możemy oglądać w polskich kinach, Mój piękny syn jest zdecydowanie tym najsłabszym. Trochę jakby zabrakło dramatu w dramacie. Sam seans przeżyjemy jednocześnie bez większej krzywdy, ale gdzie są zachwyty?

 

Jakie są Wasze wrażenia po filmie?




Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *