„Bohemian Rhapsody” | Freddie, czy to Ty?

Queen to prawdziwa ikona, a wokalista zespołu – Freddie Mercury – jest niepodważalną królową, nieustannie fascynującą unikatowym wokalem, charyzmą sceniczną oraz niejednoznacznością. To autorzy istnych klasyków oraz wielu ponadczasowych przebojów – od We Will Rock You i We Are the Champions, przez Don’t Stop Me Now, Another Bites The Dust i I Won’t To Break Free, po tytułowe Bohemian Rhapsody; gatunkową hybrydę, brzmieniowy eksperyment, na stałe zapisany na kartach historii muzyki popularnej. Czy filmowa biografia tak wyjątkowego zespołu, charakteryzowanego przez rozmach nie tylko muzyczny, ale również wizerunkowy, mogła się udać?

 

Najwierniejsi fani zespołu z mnożącymi się obawami spoglądali na to, co dzieje się wokół Bohemian Rhapsody. Najpierw był zachwyt – w końcu jeden z najważniejszych głosów wszech czasów otrzyma swój własny film. Potem zaczęły się schody. Problemy z dograniem wizji. Zmiana aktora pierwszoplanowego z Sachy Barona Cohena na tego mniej tożsamego z Mercurym, pozornie zupełnie niepasującego Rami Maleka. Na końcu jeszcze kłopoty z reżyserem Bryanem Singerem. Zwieńczeniem zawirowań wokół filmu okazały się nieco niepokojące, umiarkowane recenzje napływające z zachodu, w pewnym sensie dystansujące do filmu. Szczególnie tych ciekawskich, którzy Queen bardzo szanują, muzykę znają, ale do grona zagorzałych fanów raczej się nie zaliczają. Bohemian Rhapsody jest przede wszystkim popisem aktorskim i gdzieś obok całkiem niezłą, trochę nierówną biografią. Opowieścią o zgubności sukcesu oraz skutkach otaczania się niewłaściwymi ludźmi, oprawioną w ramkę ze szczerego złota – muzykę Queen.

Twórcy w swoim filmie skupiają się przede wszystkim na Freddiem jako frontmanie grupy, który jednocześnie nie istnieje bez zespołu, tak jak i zespół nie istnieje bez niego. Choć w filmowej biografii sukces wydaje się przyjść bardzo łatwo, nie jest to bynajmniej historia o życiu w blasku chwały, delektowaniu się sławą i pielęgnowaniu jej. Bohemian Rhapsody, oczywiście oprócz ukazania sukcesywnej drogi na szczyt Queenu, koncentruje się na artyście jako na człowieku. Freddie jest tutaj jednostką wybitną, borykającą się z niejednostkowymi problemami. Jednostką wybitną, która zboczyła z obranego kierunku kreacji. Bo Freddie bez wątpienia był kreatorem. Performerem, który w pewnym momencie przestał liczyć się z indywidualnością swoją i jego zespołu, wpadł w sidła nielojalnych ludzi, wykorzystujących jego zaufanie oraz niszczących królewską rodzinę, w tym jego samego. Filmowy Mercury zbacza z trasy, która gwarantowała mu sukces. Zamiast walczyć o jego ciągłość, decyduje się na korzystanie z towarzyszących mu profitów. Bo tak jest wygodniej. Przyjemniej. Bardziej towarzysko. To również efekt zapełniania życiowej pustki – poczucia samotności, wyobcowania, nieposiadania prawdziwego przyjaciela. Choć obraz samotnika zdaje się niekiedy ustępować miejsca portretowi nieco nerwowego, dającego się łatwo ponieść emocjom artysty, Mercury jest tutaj nieszczęśnikiem zamkniętym w tym swoim szczęśliwym światku. Jakby pełna rozmachu kreacja, będąca poniekąd spełnieniem jego zamiarów, finalnie nie przyniosła mu szczęścia.

Jednocześnie w obrazowaniu ciemniejszych stron kariery Freddiego twórcy są dość zachowawczy. Jest raczej bezpiecznie, a widzowie nie napotykają żadnych niespodzianek czy smaczków z kariery oraz życia wielkiego i szeroko komentowanego artysty (choć, o zgrozo, niektórzy zdziwieni na sali ostentacyjnie wzdychali – kulturalnie rzecz ujmując – „to on był gejem?”). Problemy na jego drodze się pojawiają, ale trochę musimy sobie dopowiadać ich głębsze znaczenie. Chociażby życie w niezgodzie z samym sobą i z własną narzeczoną oraz towarzyszący temu homoseksualizm artysty, wychodzą właściwie z niczego, jakby były bardziej efektem ubocznym sławy i postępującego bogactwa (a więc i w pewnym sensie rozwiązłości) niż faktycznym stanem rzeczy. Skutkiem zachowawczości jest również nieznośna schematyczność. Twórcy chwytają nas emocjonalnie w taki sposób, w jaki się tego spodziewamy, a rewolucjom w życiu osobistym Freddiego towarzyszy częściej hollywoodzka ckliwość niż autentyzm. Określenie „hollywoodzki” pojawia się w przypadku tego filmu również w tym pozytywnym znaczeniu. Chociażby przy okazji koncertowego Live Aid, za które wielkie chapeau bas, czy podczas nagrywania kolejnych przebojów, przy których praca na pewno nie była tak emocjonująca jak przedstawiają to twórcy (zresztą całkiem sprawnie wplatając do filmu humor). Finalnie, choć przez większość seansu raczej się opieramy wszelkim emocjonalnym naciskom ze strony twórców, dajemy się ponieść nostalgii i potędze zespołu, ale to bardziej kwestia naszych sympatii niż samego filmu.

Niemałą zagwozdką jest również niemal doskonała kreacja aktorska Maleka, który w Bohemian Rhapsody przeobraża się w zupełnie innego człowieka. Przywdziewa skórę Freddiego, jego gesty, sposób bycia i funkcjonowania w kontaktach międzyludzkich. Mimo wszystko to wciąż jest Rami Malek, w którym chce się widzieć Mercury’ego, ale jednocześnie wydaje się to niemożliwe. Jakby charyzma, osobowość i całokształt Freddiego w ogóle były nie do podrobienia. Malek kreuje bardziej wariację na temat, zresztą momentami aktorsko ocierającą się o perfekcję. Pozostaje jednak w cieniu ikony, którą dostrzega się w filmie dopiero podczas Live Aid. Wtedy emocje sięgają zenitu, a Bohemian Rhapsody staje się obrazem, jaki chcielibyśmy oglądać – spektakularnym, widowiskowym, królewskim!

Najważniejsze jest jednak to, z czym ostatecznie Bohemian Rhapsody pozostawia widza. Albo jeszcze inaczej – z czym pozostawiło mnie. Kiedy dostrzegłem pod koniec filmu Freddiego na ekranie, ciężko było pohamować nadmiernie wzbierającą się wewnątrz emocjonalność. Kino opuściłem z wielką tęsknotą za artystą, za muzyką Queenu, za tą osobowością. Jednocześnie spotkanie – umówmy się, raz lepsze, raz gorsze – było na tyle porażające, że tuż po seansie niechętnie włączyłem soundtrack, by chwile później go wyłączyć. Czułem dyskomfort, który zresztą czuje się za każdym razem, gdy ogląda się film o kimś wielkim, kto bezpowrotnie odszedł. Freddie miał jednak coś więcej niż inni wielcy, którym poświęcane są filmy. Nie potrzebował grup tancerzy, całej oprawy i bajecznego show – on sam w sobie był performance’em. Unikatowym. Pozostawił po sobie potężny muzyczny pomnik, który nie pozwoli zapomnieć o nim przez wiele kolejnych lat. Jak sam zresztą śpiewał – show must go on. I jego show trwa, i trwać będzie dalej!

foto: Multikino

1 Comment

  1. Pingback: Recenzje filmu „Bohemian Rhapsody” i finałowy zwiastun – Queen.pl

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *