„Pierwszy człowiek” | Kosmiczna cisza

Mimo że Pierwszy człowiek zebrał fantastyczne recenzje od krytyków podczas tegorocznego Festiwalu w Wenecji, gdzieś z tyłu głowy wciąż rozbrzmiewało nazwisko młodego reżysera, dotychczas eksplorującego zakamarki kina autorskiego. Oscarowe Whiplash i La La Land nie pozostawiały żadnych złudzeń – Damien Chazelle jest na swój sposób kimś naprawdę wyjątkowym, kreującym wspaniałą, niepowtarzalną atmosferę (La La Land) i genialnie operującym narzędziami do budowania napięcia (Whiplash). Pierwszy człowiek mógł być pompatycznym, momentami przesadnie podniosłym kinem amerykańskim a’la Spielberg (jego nazwisko nie pojawia się tutaj przypadkowo, w końcu to producent wykonawczy filmu). Sam Chazelle, choć w nieuniknioną w tego typu historiach pompatyczność popada, nie traci swojego autorskiego pazura. Pierwszy człowiek mocno osadzony w mainstreamie, niekiedy bardzo świadomie – szczególnie za pomocą ziarnistych zdjęć – romansuje ze stylem kina niezależnego.

Damien Chazelle i Ryan Gosling łączą siły w historycznej opowieści o misji NASA, dzięki której na Księżycu wylądował człowiek. Film skupia się na życiu Neila Armstronga w latach 1961-1969. Pierwszy człowiek to wstrząsająca, opowiedziana w pierwszej osobie historia na podstawie książki Jamesa R. Hansena. Zapis trudu, wyrzeczeń i poświęcenia, które wiązały się z jedną z najbardziej niebezpiecznych misji w historii ludzkości. (opis dystrybutora)

Bez wątpienia wpływ na to, jak wygląda najnowszy film Damiena Chazelle’a, miały dwa poprzednie szeroko komentowane dzieła reżysera. Nieprzypadkowo też do najmocniejszych stron filmów młodego twórcy pozwoliłem sobie dopisać konkretne tytuły, ponieważ tego, co charakteryzowało oba poszczególne filmy – w zupełnie różny sposób i na całkowicie innych zasadach – w Pierwszym człowieku doświadczamy jednocześnie. Rozchodzi się tutaj przede wszystkim o niesamowitą atmosferę i napięcie – w kosmicznej próżni; ciemnej, nie do końca poznanej pustce otaczającej astronautów. W przestrzeni zapierającej dech. Spektakularnej, ale zarazem wyzbytej z zupełnie zbędnej efekciarskości. Czuć tam grupowe wyalienowanie. Trwanie z towarzyszami wyprawy, ale jednoczesne osobliwe doświadczanie ogromu, którego inni ludzie nigdy nie zaznają. Doświadczanie obcego świata, w którym bohaterowie uzależnieni są nie tylko od własnych umiejętności, ale również w pewnym sensie od losu. Chazelle wraz ze scenarzystą Joshem Singerem pozwalają sobie niejednokrotnie sięgnąć po popularne dla kina blockbusterowego chwyty budowania poczucia zagrożenia oraz wewnętrznego niepokoju, wykorzystując do tego niezbędną alienację swoich bohaterów. Wobec całego napięcia, potęgowanego w dodatku przez kapitalnie napisaną muzykę Justina Hurwitza, paradoksalnie najważniejsza okazuje się cisza. Spoglądanie na nieokiełznaną przestrzeń i wprowadzające w dyskomfort słyszenie „niczego”. To wówczas w Pierwszym człowieku jest najbardziej emocjonująco. Ta cisza nas przeszywa.

Kontekstem, w którym osadzona jest przełomowa wyprawa Neila Armstronga jest wysoka ambicja bohatera oraz prywatny dramat, mocno powiązany z rodziną oraz uwikłaniem w nieprzepracowaną przeszłość. Armstrong w Pierwszym człowieku jest profesjonalistą i przede wszystkim realistą. Doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sprawy oraz z ogromu przestrzeni, z którą jemu – jako astronaucie – przyjdzie się zmierzyć. Nie rzuca chwytliwych sloganów podczas konferencji prasowych, a wręcz przeciwnie – zawodowo wykazuje się chłodnym spojrzeniem i parciem do celu za wszelką cenę, pomimo strachu i poczucia ryzyka, dobrze skrywanymi pod pozornym zdystansowaniem do sprawy. Praca staje się dla niego swoistą ucieczką od traumatycznej śmierci córeczki, w której jednocześnie odnajduje duchowy spokój i równowagę w momentach najbardziej nerwowych. W odróżnieniu od Armstronga, konsekwencji brakuje gubiącemu się w swojej roli Ryanowi Goslingowi, który otrzymał ponownie duży i głośno komentowany angaż od Chazelle’a, i który po raz kolejny pozostał w cieniu partnerującej mu kobiety – tym razem mocnej Claire Foy. Niezwykle szanuję nie tylko znakomitą w tej roli aktorkę, ale przede wszystkim samych twórców za to, że w tej spektakularnej opowieści o tytułowym pierwszym człowieku, bardzo mocno zaznaczyli nie tyle obecność, co przede wszystkim osobistą walkę jego damy. Kobiety, która oprócz tego, że niebezpośrednio staje się członkiem misji swojego męża, musi stawić czoła wyzwaniu codzienności. Wychowaniu dzieci. Braku ich ojca. Myśli, że straci męża na zawsze.

Zakończenie jest naprawdę piękne.

Nie ulega wątpliwości, że Pierwszy człowiek namiesza w przyszłorocznych Oscarach. Jeżeli nawet nie będzie to nominacja w głównej kategorii, choć trochę braku tego tytułu pośród najlepszych sobie nie wyobrażam, to na pewno znajdziemy go wśród nominowanych w kategoriach technicznych, za aktorkę drugoplanową i niemal perfekcyjną muzykę, która niekiedy sprawia, że Pierwszy człowiek jest filmem poruszającym swoim wizualnym dopieszczeniem i paradoksalnym kosmicznym spokojem. To bardzo dobre, świetnie zrealizowane widowisko, które minimalnie pozostaje w tyle za dwoma wcześniejszymi dokonaniami reżysera. Chazelle zaś konsekwentnie wzmacnia swoją wysoką pozycję pośród amerykańskich twórców. Chcemy więcej.

foto: Daniel McFadden © 2018 Universal. All Rights Reserved

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *