„Nina” | Matka, żona, lesbijka

Motyw LGBT w polskim kinie współczesnym ma się dość średnio. Pomimo kilku prób, często naprawdę głośnych, to temat wciąż nie wyeksploatowany. Płynące wieżowce Tomasza Wasilewskiego – świeże na polskim gruncie, na zachodnim niekoniecznie – były raczej krokiem w stronę kina LGBT w ogóle. Mające premierę w podobnym czasie W imię… Szumowskiej, traktujące o księdzu homoseksualiście, ugrzęzło w bagnie kontrowersji, które się wokół filmu rozlało i finalnie obraz nie zdołał się z niego wydostać. Zaś W ukryciu, któremu jednocześnie najdalej (czas akcji) i najbliżej do Niny (ze względu na relację miłosną pomiędzy dwoma kobietami), przepadło pośród innych premier, otrzymując w dodatku nominacje do niechlubnych Węży. Dlatego też z wielką nadzieją, ale i niepokojem, spoglądałem w stronę debiutu pełnometrażowego Olgi Chajdas.

Nina, trzydziestoparoletnia nauczycielka, która nie może mieć dzieci, szuka surogatki. Wydaję się, że razem z mężem Wojtkiem, znaleźli idealną kandydatkę. Magda, pozornie szczęśliwa dwudziestopięciolatka, bawi się życiem, nie ma zobowiązań. Nina zakochuje się w kobiecie, która mogłaby urodzić jej dziecko. To historia nieoczekiwanej miłości, umiejętności wypełniania pustki, skomplikowanych wyborów. (opis festiwalowy)

Pisząc ten krótki wstęp i próbując zapowiedzieć w nim poniekąd moje wrażenia z debiutanckiej Niny, użyłem sformułowania „odważnie sięgający po motyw miłości lesbijskiej”. Szybko się jednak z niego wycofałem. Słowo „odważny” jest mimo wszystko raczej określeniem nietrafionym. Co prawda, Chajdas wykazała się nie lada odwagą, sięgając w swoim debiucie po motyw miłości lesbijskiej, co mogło narazić ją jako debiutantkę na niepotrzebne kontrowersje związane z jej pierwszym projektem (bo jak wiemy, wszystko, co tęczowe lub „okołotęczowe”, w Polsce lubi być kontrowersyjne). W samym portretowaniu relacji dwóch bohaterek reżyserka zaskakuje jednak spokojem i niespiesznością w prowadzeniu filmowej narracji. Jej debiutancka Nina jest wręcz powolna. Nieco przyciężkawa. Czasami zupełnie abstrakcyjna, szczególnie w rozmowach z potencjalną surogatką. Nie wyzywająca. Pomimo delikatnie narastającego napięcia, dość chłodna. Nie ma w tym jednak niczego złego. Co więcej, Chajdas dużo zyskuje przyjmując tę niespieszną technikę opowiadania. Reżyserka – prowadząc mimo wszystko dość trudną i wymagającą historię – pozostawia miejsce na niezbędny oddech. Niepotrzebnie zaś próbuje chwycić widza za gardło w przeciągniętym zakończeniu, przez co cała filmowa atmosfera się doszczętnie rozsypuje.

Nina jest opowieścią o byciu pomiędzy spełnianym konstruktem, pod którym kryje się życie obecne (mąż i starania o dziecko), oraz trwaniem w pewnym sensie wymarzonym, wyzwolonym przez bezpośredni kontakt z surogatką Magdą. Tytułowa bohaterka (w tej roli świetna Julia Kijowska) bowiem tłumi w sobie pożądanie do kobiety. Nie dostrzega go może po raz pierwszy, ale na pewno odkrywa je na nowo. Pragnienie kobiecego ciała ponownie w niej kiełkuje i – pomimo intensywnego tłumienia – po raz kolejny dochodzi do głosu. Tym bardziej interesujący wydaje się w tym kontekście motyw trudności związanych z zajściem w ciążę. Dziecko w przypadku Niny byłoby czymś, co umocniłoby nie tylko jej małżeństwo. Byłoby przede wszystkim czymś, co dookreśliłoby jej kobiecą rolę żony i matki. Brak możliwości zaspokojenia pragnienia poczęcia dziecka, sprawia, że Nina nie spełnia założonej sobie samej społecznej roli. Rola ta miałaby być w tym przypadku kolejną ucieczką przed prawdziwym „ja”, związanym z pożądaniem drugiej kobiety. Byłaby życiem w wykreowanej normalności, której towarzyszyłoby pozorne szczęście performowane wbrew sobie. Może to właśnie brak dziecka daje Ninie wewnętrzne przyzwolenie. Przyzwolenie na spróbowanie tego, czego tak naprawdę pragnie; na wydostanie się z kreacji i upust nienormatywnej fascynacji.

Pomimo tego, że debiut Chajdas jest naprawdę niezły (a gdyby nie to zakończenie, mógłbym śmiało powiedzieć, że naprawdę dobry!), zastanawiam się nad główną nagrodą w gdyńskim Innym Spojrzeniu, w walce o którą reżyserka pokonała Monument Jagody Szelc czy animowano-dokumentalny Jeszcze dzień życia. Zastanawiam się, czy Nina faktycznie prezentuje „inne spojrzenie”, bo choć bezsprzecznie traktuje o inności, na którą wciąż nie ma społecznego przyzwolenia w Polsce, ma się wrażenie, że owo spojrzenie ogranicza się tylko do wykorzystania motywu lesbijskiego. W samej opowieści nie ma zaś żadnego ryzyka. Żadnego eksperymentu. Niczego, co mogłoby czynić Ninę wyjątkową. Choć i tak jest ciekawiej niż w Płynących wieżowcach Wasilewskiego (gdzie zresztą podobnie nawiązał się niekomfortowy trójkąt, kreowany oczywiście na zupełnie innych zasadach). To nieidealny, ale udany pełnometrażowy start. Czekamy na więcej.

foto: © Robert Pałka/Film it

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *