„Kęsy” Bovska | Mocniej

Trzy płyty w ciągu trzech lat to bardzo imponujący wynik. Tego nie da się ukryć. Nie ukrywam też nigdy swojego zaniepokojenia, a już szczególnie cichego strachu wobec tego ostatniego, trzeciego albumu. Artyści wpadają w monotematyczność. Zaspokajają pragnienia swoich stałych słuchaczy, ale jednocześnie nie eksplorują, nie ryzykują, nie otwierają się na nowe. Mówiąc nieładnie – robi się nudno, a my – niezaspokojeni słuchacze – postanawiamy wyręczyć naszych ulubieńców z eksplorowania, i to my zaczynamy odkrywać, często na niekorzyść niegdysiejszych stałych bywalców naszych głośników. Z drugiej strony, owo odkrywanie i otwieranie się na nowe artyści powinni robić z głową – w zgodzie nie tylko z własnym artystycznym sumieniem, ale trochę też ze swoimi słuchaczami, by rozwój nie przypominał gwałtownego, usilnego odcinania kuponów od dotychczasowych dokonań. Trzy płyty w ciągu trzech lat wydała Bovska – jedna z najbardziej kolorowych postaci na polskiej scenie elektronicznej. Ją już bardzo dobrze znacie, teraz poznajcie jej Kęsy.

Debiutancki Kaktus zaprezentował artystkę, którą pokochały tysiące słuchaczy w całej Polsce. Intrygującą. Niejednoznaczną. W pewnym sensie również inną. Tytułowy singiel – największy przebój Bovskiej – stał się wręcz jej znakiem rozpoznawczym i odbija się echem przy każdej możliwej okazji. No ale, kto nie kocha Kaktusa? Drugi Pysk niby stał dość blisko debiutanckiego krążka, ale jednocześnie Bovska rzuciła w nas zupełnie niespodziewanymi bangerami jak Wek czy Autoreset (ten teledysk!), którymi krzyknęła „stać mnie na więcej”. Półtora roku później prezentuje Kęsy. Płytę ponownie niejednoznaczną tekstowo, brzmieniowo najciemniejszą spośród wszystkich, niewyzywająco seksowną, w której Bovska niejednokrotnie zdaje się wychodzić poza strefę komfortu, wypracowaną na dwóch poprzednich albumach. Eksploracja i otwarcie następują.

Wychodzenie poza strefę komfortu w przypadku Bovskiej to rzecz, którą w Kęsach lubię chyba najbardziej. Czuć w nich ciekawość nowych rozwiązań i świeżych brzmień oraz gotowość do eksperymentowania. Jednocześnie nie porzuca tego, do czego podczas poprzednich albumów zostaliśmy przyzwyczajeni, bardziej ubogacając swój dotychczasowy dorobek, niż odcinając się od „kaktusowej” spółki. Co więcej, Bovska nie tylko wychodzi ze swojej strefy komfortu, ale – co w tym przypadku chyba najważniejsze – prawie za każdym razem trafia celnie w punkt, dostarczając nam muzycznych doświadczeń, jakich przed dwoma laty, przy okazji debiutu, raczej nie mieliśmy się prawa spodziewać. Najlepiej słychać to w potężnym Luksusie, który na Kęsach jest bangerem pokroju Autoresetu z drugiego Pysku. Na samym początku nietrafnie stwierdziłem, że Bovska jest tutaj lepszą, damską wersją Taco Hemingwaya, ale z perspektywy czasu, nie znajduję lepszego określenia, które uwydatniłoby odmienność tego utworu na tle dorobku artystki. Tekstowo jest krytycznie, muzyka zaś buja, a głęboki bit nie pozwala o Luksusie zapomnieć. Obok niego śmiało postawiłbym otwierające album Mocno mocno, przy którym aż chciałoby się krzyknąć „mocniej!”, paradoksalnie brzmiący w tym przypadku Komfort, z potężną końcową partią muzyczną, oraz Bez cukru z psychodelicznym refrenem, w którym Bovska nakazuje tańczyć i ciężko się temu nakazowi sprzeciwić.

Gdzieś na schodach łączących to, co na Kęsach ciekawi, i to, co w Bovskiej z dwóch poprzednich płyt lubi się najbardziej, są pozostałe utwory ukryte na albumie (może z wyjątkiem bezpiecznego Piątego wymiaru, który gdzieś ginie w obliczu pozostałych utworów, oraz bonusowego Na niby). Słychać w nich „kaktusowo‑pyskową” Bovską, a jednocześnie mają momenty, dłuższe lub krótsze, którym bliżej chociażby do tego „innego” Luksusu, którym bez końca się zachwycam. Ich czołowym punktem jest mroczny i taneczny zarazem Jim, który usłyszeliśmy premierowo gdzieś w połowie artystycznej drogi Bovskiej pomiędzy Pyskiem a Kęsami. Podobnie zresztą jak promujące album Kimchi, porywające nie tylko energią, ale przede wszystkim kapitalną grą słów. Chętnie wracam również do Piętra dziewiątego oraz Gdy na mnie patrzysz, w których lekkie zwrotki przełamywane są eksplodującymi momentalnie dźwiękami, czy tytułowego, drugiego singla, będącego chyba najlżejszym utworem na albumie. Mistrzostwo Bovska osiąga zaś w singlu trzecim – XYZ, w którym tekstowa sensualność przeplata się z drapieżnością.

Po dwóch pierwszych albumach, byłem nieco zaniepokojony, że Bovska nas już nie zaskoczy. Kęsy nie pozostawiają jednak żadnych złudzeń – oprócz tego, że spośród wydanej dotychczas trójki są tym najlepszym, to w dodatku podsycają apetyt na jeszcze więcej. To jednocześnie najtrudniejsza płyta Bovskiej, jeszcze więcej wymagająca w warstwie tekstowej (niejednoznaczność jest tutaj słowem kluczem) oraz znacznie trudniejsza pod względem brzmienia (tutaj w duecie z Janem Smoczyńskim – chapeau bas), w którym spokój potrafi przeplatać się z ciężkim syntezatorowym graniem. Im bliżej końca tego roku, tym wśród tegorocznych najlepszych robi się coraz ciaśniej. Bovska i jej Kęsy do nich dołączają.

foto: Łukasz Murgrabia / materiały prasowe

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *