„Climax” | Techno masochizm

„Boli mnie głowa” – powiedziałem, opuszczając salę krakowskiego Kina pod Baranami. Tak naprawdę bolało mnie bardziej życie. Trochę przez Climax zniszczone. Chcący? Niechcący? Sam nie wiem. Mijają kolejne dni, a na myśl o filmie Gaspara Noe krew wciąż wydaje się pulsować szybciej, a w głowie da się wyczuć niepokojący ścisk. Trochę tak, jakby człowiek został pozbawiony resztek jakiegokolwiek wewnętrznego spokoju. Bo w Climaxie nie ma czegoś takiego jak równowaga. Nieważne, czy mówimy o trywialnym trzymaniu pionu, tego imprezowego fasonu (jego też tutaj brakuje), czy o reżyserskim zrównoważeniu, które objawiać by się mogło w kontrolowanej atmosferze filmu, kolejnych krokach bohaterów i samej akcji, w tym przypadku pozbawionej jakichkolwiek hamulców. Widzicie, Climax to film‑jazda. Bez trzymanki. I nawet jeżeli chcemy się czegoś złapać, to nie mamy czego. Ani kogo.

Inspirowana autentycznymi wydarzeniami opowieść o grupie tancerzy, którzy w pewną zimową noc spotykają się w opuszczonej szkole na odludziu. Taneczna próba w rytm przebojów Daft Punk, Aphex Twin i Soft Cell szybko zamienia się w pełną seksualnego napięcia imprezę. Gdy wychodzi na jaw, że domowej roboty sangrię ktoś doprawił narkotykami, dzika zabawa w zamkniętym budynku przeradza się w ekstremalny, psychodeliczny trip. (opis dystrybutora)

Choć nowy film Gaspara Noe traktuje o doświadczeniu grupowym, Climax jest bez wątpienia przeżyciem jednostkowym. Broń Boże, nie chodzi o reżyserski cel wymierzony w nasze osobiste doświadczenia. Bardziej o wewnętrzne demony, które Noe bezkompromisowo powołuje do życia. Nawet najzwyklejszy niepokój nie jest już tym samym niepokojem, do którego jesteśmy w pewnym sensie przyzwyczajeni. Nie jest to też strach. Bliżej mu do wzburzenia, choć towarzyszące filmowi emocje są bardziej hybrydą tych trzech wcześniej wspomnianych. Seans Climaxu nie jest bowiem jedynie uczestnictwem w piekielnej imprezie. To bycie świadkiem upodlenia człowieka. Upodlenia, do którego dochodzi „przez przypadek”. Upodlenia w nieświadomości. Upodlenia, tak po prostu. Po raz kolejny i ostatni, upodlenia, które wynika z zaprzepaszczenia niezachwianych dotąd norm czy zasad, zabicia rozsądku, zatracenia wytyczonych społecznie granic czy utraty kultury na rzecz bezlitosnego barbarzyństwa; z oczyszczenia umysłu, ale nie w znaczeniu katharsis, a tym zupełnie dosłownym jako całkowitej pustki. Przez dobrze przyprawioną sangrię.

Chciałoby się powiedzieć, że w doskonale wykreowanym psychodelicznym świecie, Gaspar Noe wybudza ze snu naszą masochistyczną naturę. Nikt raczej tego nie zrobi, ponieważ bardziej mamy tutaj do czynienia z bezkompromisowym wymuszeniem. Takim bezlitosnym gwałtem na naszej wytrzymałości. Climax jest stanem hipnozy, w którą popadamy z kolejnymi dźwiękami wydobywającymi się z imprezowego piekiełka. Transem, w którym się zatracamy. Podobnie do bohaterów, utratą kontroli na zasadzie niechcenia, ale mimowolnego robienia. W końcu wolelibyśmy nie patrzeć, ale patrzymy. Wygodniej byłoby wyjść, uwolnić się od gęstej atmosfery, ale siedzimy. W ogóle chyba lepiej byłoby zapomnieć, ale im dalej w piekiełko, tym bardziej wydaje się to niemożliwe. Nasze serca wybijają tłusty bit, żyły denerwująco drgają pod skórą, a nasza dusza skomle i wyje wniebogłosy. Jednocześnie Noe przez półtorej godziny szepcze między kadrami „come to climax”. Dochodzimy.

Zastanawiam się, gdzie w Climaxie jest miejsce na zabawę. Próbuję sobie przypomnieć, czy podczas doświadczania tego ekstremalnego przeżycia, poczucie dyskomfortu choć raz ustąpiło miejsca imprezie. Czy potrafiliśmy choć przez moment zapomnieć o otwierającej film scenie, sugerującej, że to nie będzie zwykła, niezobowiązująca zabawa. Chyba nie. Szczególnie, że snując się wraz z kamerą pomiędzy bohaterami, przemierzając korytarze oraz odwiedzając kolejne pokoje, sami stajemy się uczestnikami. Chcąc, nie chcąc, jednostkowo okazujemy się jednym z punktów tego piekła. Tym niewidzialnym. Tylko, że my nie tańczymy. Stoimy i się przyglądamy. Przeczuwamy zgubienie, którego nie przeczuwają bohaterowie. Bo wiemy też więcej niż oni. Kiedy zbliżamy się do końca, jesteśmy świadkami upadku. Sami też trochę upadamy, i finalnie nie możemy się z tego upadku podnieść. Ze świata Climaxu wychodzimy jedynie pozornie bez szwanku.

Myślę, że gdyby Dante Alighieri napisał Boską Komedię w XXI wieku, tak wyglądałoby Piekło.
Albo chociaż jego część.

To nie jest tak, że Climax jest nieskazitelnie rewelacyjnym kinem. Kiedy podsłuchujemy początkowe ostre dyskusje bohaterów na temat ich ekranowych towarzyszy, czujemy się trochę zmęczeni, a film – szczególnie po bardzo chwytliwej tanecznej sekwencji – drastycznie traci tempo. Później jedyna drastyczność jakiej doświadczamy to drastyczne stłamszenie nas samych. Climax pod tym względem jest unikatowym doświadczeniem. Pikantnym. Dusznym. Ostrym. Bezwzględnym. Siłą rażenia przypominającym ubiegłoroczne Zabicie świętego jelenia Yorgosa Lanthimosa, choć oczywiście to dwa zupełnie różne filmy. Na pytania „kiedy jakaś wixa?” odpowiadam: NIGDY. Nawet jeżeli Noe uważa, że śmierć może być niezwykłym doświadczeniem. Ale Wam życzę bardzo udanej zabawy. Bez przypraw.

foto: Wild Bunch

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *