„Transformersi. Superbohaterowie polskiej reklamy 80.‑90.” Agaty Jakóbczak | Nie scypie w ocy

Ostatnio popularna fascynacja latami 80. i 90. jest zjawiskiem w pewnym sensie zaskakującym. W przypadku kultury polskiej, która ze względu na zawirowania polityczne jest przypadkiem szczególnym, czasy te przepracowywane były w sposób raczej jednostronny, skupiający się mimo wszystko bardziej na tym negatywnie nacechowanym obrazie Polski i losów Polaków (tutaj mam na myśli szczególnie lata 80., które w kulturze funkcjonują przede wszystkim jako walka o wolność). Od jakiegoś czasu obserwujemy jednak intrygującą nostalgię za czasami minionymi. Przykładów nie trzeba szukać daleko – wystarczy wspomnieć ostatniego Rojsta, który wręcz zachwycał wspaniałym obrazowaniem pięknych wnętrz peerelowskich mieszkań, komediowe Disco Polo, będące pięknym „american daydream”, snutym wówczas przez wielu naszych rodaków, czy przeurocze Po trochu Weroniki Gogoli, w którym autorka cofa się do dzieciństwa i w swojej krótkiej opowieści przybiera dziecięcą maskę. W ten nostalgiczny nurt kultury polskiej świetnie wpisuje się Agata Jakóbczak ze swoimi Transformersami.

Autorka w Transformersach. Superbohaterach polskiej reklamy 80.‑90. zabiera nas w podróż w czasie do początków polskiej reklamy filmowej, która obecnie – szczególnie dla kogoś w moim wieku, a więc urodzonego w drugiej połowie lat 90. – wydaje się czymś zupełnie oczywistym. Tworzonym hurtowo dla zysku, z mniejszym lub większym pomysłem. Zapełniającym czas pomiędzy kolejnymi programami telewizyjnymi. Przeszkadzającym w oglądaniu piątkowego superhitu na TVN-ie. Czymś, na co niechętnie natrafiamy również w kinach, coraz częściej również w tych studyjnych, tuż przed filmowym seansem. Jak to początki, również i tutaj bywały one trudne oraz ryzykowne. Jakóbczak nie skupia się jednak na ciemnych stronach pracy w reklamie, a jeżeli już do „ciemnych stron” dochodzi, ubiera je w kolejne anegdoty, które podkreślają nie tylko szczęście twórców, ale przede wszystkim rzadko spotykaną pasję połączoną z fascynacją twórczą wolnością (we wczesnym etapie rozwoju oczywiście hamowaną przez cenzurę oraz kiepskie zaplecze techniczne). Twórcza wolność jest jednak kwintesencją tego, co rozumiałem w tej książce jako polską reklamę filmową z czasów, na których Jakóbczak się skupia. Kolejne nieprawdopodobne wizje i niekonwencjonalne działania, wyprzedzały o lata świetlne to, czym technicznie dysponowali wówczas twórcy. Transformersi to zbiór wielu intrygujących (i co chyba najważniejsze, zrealizowanych!) pomysłów, w których często królował kicz i banał (przecież początkowo dobra reklama może być tylko z ładną kobietą), ale czasami również fascynujące intertekstualne powiązania, którymi twórcy się bawili, grając jednocześnie ze skojarzeniami odbiorcy. W intertekstualność bawi się również Jakóbczak, która – pomiędzy kolejne losy swoich reklamowych superbohaterów – wplata szeroko rozumianą ówczesną polską popkulturę, urozmaicając tym samym swoją opowieść osadzeniem w szerszym kontekście. Jest Dżem. Jest Hey. Jest Republika. Jest też Mydełko Fa, które niezamierzenie stało się jednym z największych polskich szlagierów. Czuć jednocześnie w tej opowieści tę tęsknotę za utraconymi czasami, które były okresem paradoksalnej wolności. Wielkich marzeń. Wielkich prób. Wielkich szybko zdobywanych bogactw. Wielkich reklam.

Podczas czytania Transformersów nie sposób uciec od wrażenia, jakby oglądało się film pokroju Bogów Łukasza Palkowskiego czy Sztuki kochania Marii Sadowskiej. Przywołanie akurat tych filmów nie jest tutaj przypadkowe. To nie tylko kwestia podobieństwa czasowego, ale przede wszystkim podobieństwa w opowiadanych historiach – w filmach mieliśmy bowiem wyjątkowe jednostki, w Transformersach mamy wybitne grupy, których losy śledzi się z zapartym tchem. Choć książka Agaty Jakóbczak jest czymś w rodzaju podróży w czasie, opartej bardzo mocno na wspomnieniach własnych i wielu innych rozmówców ściśle związanych z polską reklamą przełomu, Transformersów czyta się jak fabułę. Fabułę, która – co warto dodać – z każdą kolejną stroną zaskakuje tym, jak szybko świat medialny się rozwijał. Jak brnął do przodu. Podczas lektury, gdzieś w głębi duszy wymarzyłem sobie filmową bądź serialową (ze względu na rozbudowaną historię) adaptację Transformersów. W stylistyce odpowiadającej właśnie Bogom czy Sztuce kochania, łączącej mainstream z kinem autorskim, a międzynarodową uniwersalność jednak z peerelowskim światem. Bo książka ma wszystko – od mocnych bohaterów, przez zabawne anegdoty, po ciekawą historię biznesu, którą dla dobra adaptacji (jak np. zrobiono to w Najlepszym Palkowskiego) można byłoby troszeczkę ubogacić.

Tytułowi Transformersi odnoszą się nie tylko do ustrojowego oraz życiowego okresu transformacji, któremu Jakóbczak przygląda się w swojej książce. To przede wszystkim ukłon w stronę medialnej ewolucji, którą autorka niejednokrotnie dobitnie podkreśla, i którą my jako czytelnicy po lekturze z łatwością dostrzegamy. Transformacji ze zwykłych amatorów po prawdziwych telewizyjnych artystów (i nie ma w tym słowie cienia przesady, naprawdę!). Jakóbczak dostarcza nam w Transformersach bardzo przystępną historię polskiej reklamy. Jednocześnie zabiera nas w lekką i pochłaniającą zarazem podróż przez kolejne przygody twórców, pojawiające się reklamowe trendy oraz kulisy telewizyjnych obrazków, które zapadły w pamięci wielu Polaków już na zawsze. I pamiętajcie – szampon Johnson & Johnson nie scypie w ocy!

 

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *