„Kler”: Smarzowski nie taki straszny

Twórczość Smarzowskiego to ten rodzaj kina, które doceniam, ale jednocześnie nijak nie zmienia ono mojego życia. Tak było przy okazji Drogówki. Wcześniej w związku z Różą czy Weselem. Ostatnio podczas głośnej premiery Wołynia. Nie śmiem nawet kwestionować wysokiego poziomu tych filmów. Ba, każdy widziany przeze mnie film Smarzowskiego określiłbym mianem kina solidnego. Nic więcej jednak poza tym poczuciem solidności mi ono nie robi. I tak, teraz trochę narzekam, bo w końcu wielu, bardzo wielu reżyserów nie wzbudza nawet tego poczucia, ale gdy inni filmami Smarzowskiego są wstrząśnięci, ja – niczym zazdrosne dziecko – też bym chciał. Swoje wyczekałem, przyszedł Kler, bańka kontrowersji urosła i zbliżała się do pęknięcia, i pękła podczas premierowego pokazu. Wystarczyła jedna scena, bym doczekał się tego, na co czekałem odkąd poznałem kino Smarzowskiego – wewnętrznego dyskomfortu.

Kler początkowo cierpi na zjawisko, które – po innej głośnej tegorocznej premierze – nazwałbym „syndromem Twarzy” (tak, tej Twarzy od Szumowskiej). Ponownie otrzymujemy zbiór gagów, które w założeniu powinny pobudzić widownię (i w większości przypadków raczej pobudzają), składających się ostatecznie bardziej na portret grupowy niż faktyczną historię, która powinna nas chwycić i trzymać w swoich ryzach do końca. Ów syndrom jest o tyle niepokojący, że pamiętamy, jak skończyło się to chociażby w przypadku Szumowskiej – z całym szacunkiem do jej filmu, szczególnie po jego czterech seansach (sic!), po tym pierwszym, dziewiczym, czuło się niepokojące zagubienie dramatu Jacka oraz nadrzędnego tematu nietolerancji. Podobnie jest z Klerem – Smarzowski żartuje, uderzając. Śmiało wytyka palcami kolejne problemy Kościoła, obracając je w pełen krytyki humor, wynikający z rosnącego na ekranie absurdu. Różnica jest jednak taka, że bezkompromisowy Kler, w pewnym momencie idzie na delikatny kompromis, i choć wcale nie pomniejsza on krytycznego wydźwięku filmu, Smarzowski wychodzi do swoich bohaterów z reżyserskim sercem.

Gdyby wrażliwość Smarzowskiego się w Klerze nie wydarzyła, być może byłby to film zbyt bezwzględny. Dodam również, że dużo słabszy. Głównie dlatego, że na tej podstawowej, pierwszej płaszczyźnie, twórcy bazują na tym, o czym wszyscy wiemy, i co często – chociażby w mediach – o Kościele słyszymy. Smarzowski sięga po kwestie zupełnie podstawowe – od pedofilii w instytucji, przez pieniężne przekręty, po kolejne sprawy zamiatane pod dywan – i gdyby zabrakło czegoś więcej, Kler byłby najprościej w świecie banalny i pozbawiony momentów, które sprawiałyby, że ten film jest w pewnym sensie wyjątkowy. Kiedy reżyser zagłębia się w problemy swoich bohaterów, stawia przed nimi kolejne rozwiązania (nie usprawiedliwiając ich przy tym sloganem „ksiądz to człowiek, też błądzi”, ale tego chyba nikt się nie spodziewał) oraz jednocześnie zmienia ich życiową determinację oraz cele, sprawia, że Kler staje się znacznie bardziej ludzki. Nie lżejszy, wciąż oceniający i konsekwentnie krytyczny, ale najzwyczajniej w świecie ludzki. Dlatego też być może film autentycznie wprawił mnie w dyskomfort i wewnętrzne poruszenie w scenie monologu Księdza Kukuły, kiedy w księdzu‑pedofilu dostrzega się księdza‑pedofila cierpiącego na schorzenie zwane „przeszłością”. W zestawieniu z ostrą muzyką Mikołaja Trzaski, potęgującą wydźwięk owego monologu, ta scena spowodowała, że o Klerze nie mogę zapomnieć. W przypadku tego konkretnego reżysera, chyba po raz pierwszy.

Kler nie jest niczym nadzwyczajnym, co najmniej w moim odbiorze. No właśnie, jest tym solidnym filmem, o którym wspomniałem na początku. Pomimo wewnętrznego dyskomfortu, to kino, które traktuję z chłodem, szczególnie za ten nieco „zwiastunowy” początek, humorem (zupełnie nie moim) grający na nosie Kościoła jako instytucji. Co jednak najważniejsze, Smarzowski nie ocenia w swoim kontrowersyjnym Klerze wiary. Wiara go nie interesuje. I dobrze, bo gdyby oceniał wiarę w Boga, zacząłby poniekąd oceniać również swoich widzów. W zamian portretuje trzech księży (fenomenalnie zagranych przez Jakubika, Więckiewicza oraz Braciaka), którzy w różny sposób błądzą. Po prostu błądzą.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *