„Juliusz”: Komedia dwubiegunowa

Choć za każdym razem, kiedy tylko mam ku temu okazję, wysypuje na swoich współrozmówców cały worek plusów, jakimi może poszczycić się przez ostatnie lata polskie kino, w przypadku komedii najczęściej przyznaję rację większości. Nie jest dobrze. W ubiegłym roku, negatywną aurę wokół współczesnej polskiej komedii dosłownie na chwilę odczarował Paweł Maślona swoim debiutanckim Atakiem Paniki. Wciąż jednak, pomimo kilku przypadków wyłamujących się schematowi słabej polskiej komedii, są to jedynie te pojedyncze wyjątki, niewiele zmieniające ostatecznie w ogólnym obrazie kondycji gatunku. Duże nadzieje kładziemy w debiutujących w komedii reżyserach, od których oczekujemy może niekoniecznie świeżości, ale przede wszystkim lekkości, zabawy i jednoczesnego zachowania dobrego filmowego smaku, często brakującego polskim komediom. W tamtym roku mieliśmy w Gdyni Pawła Maślonę, w tym roku będziemy mieć Aleksandra Pietrzaka. Choć jego Juliusz jest nieco słabszy od Ataku Paniki, Pietrzak debiutuje w pełnym metrażu nadzwyczaj obiecująco.

Mimo że tytuł filmu może sugerować historię Juliusza, tak naprawdę jest to międzypokoleniowa opowieść o dwóch Juliuszach – synu juniorze i ojcu seniorze. Ten pierwszy jest życiowym przegrywem. Pomimo wyjątkowego talentu, uczy plastyki w szkole. Nienawidzi swojej pracy, a dodatkowo ta nienawiść potęgowana jest przez niezainteresowanych (w delikatnym stwierdzeniu) przedmiotem uczniów. Nie ma też kobiety, której oddałby swoje serce, a jego nieudolność w kontaktach z płcią przeciwną, wydaje się dodatkowo komplikować sytuację (refleksja po filmie: każdy z nas, czy tego chcemy, czy nie, kiedyś w trakcie życia czuje się jak Juliusz). Senior natomiast jest artystą pełną gębą. Po dwóch zawałach, na całego korzysta ze swojego życia, i choć gdzieś wewnątrz wciąż cierpi po stracie ukochanej kobiety, nie żałuje sobie alkoholu i kolejnych kochanek, z którymi spełnia swoje seksualne fascynacje. Mężczyźni się nie rozumieją. Brakuje między nimi więzi, którą Pietrzak rozpoczyna budować dopiero w pewnym momencie filmu. Tym debiutant zaskakuje w Juliuszu chyba najbardziej i pomimo żartów, i całej tej komediowej otoczki, której ostatecznie wiele też nie można odmówić, to właśnie to budowanie zatrzymuje się w widzu najmocniej. Kto by pomyślał, że nagle otrzymamy poruszający portret ojca i syna, których zbliża do siebie przeszłość, postać matki i żony oraz kobieta znienacka pojawiająca się w życiu młodszego Juliusza (Anna Smołowik to najlepszy castingowy wybór w tym filmie, jej głos!). Kto by pomyślał, że salę kinową opuszczę z wilgotnymi oczami, a trochę nierówna pod względem humoru komedia okaże się filmem, który finalnie urzeka zupełnie innymi tonami niż moglibyśmy się tego przed seansem spodziewać. No, kto by pomyślał.

Przed ostatnimi, zdecydowanie najmocniejszymi sekwencjami filmu, które stawiają go przynajmniej o jeden poziom wyżej, Juliusz jest nieco nierówną komedią, w której jedne żarty sprawdzają się trochę lepiej, a drugie trochę gorzej (tych, co warto ostatecznie przyznać, jest na szczęście trochę mniej). Pietrzak czasami jeszcze w swoim pełnometrażowym debiucie troszeczkę błądzi, delikatnie się potyka i w niektórych sytuacjach pudłuje (chyba najbardziej w scenie w restauracji, a już przede wszystkim w rozmowie pomiędzy Juliuszem i Dorotą a Anetką, choć mają w tym swój udział scenarzyści oraz Paulina Gałązka wcielająca się w Anetkę), ale koniec końców wychodzi z potyczki z gatunkiem obronną ręką. Duża w tym zasługa zresztą aktorskich wcieleń w Juliuszów. Wojciech Mecwaldowski najlepiej wypada w tych najbardziej absurdalnych scenach, kiedy może sobie pozwolić na aktorską szarżę (ostatnia lekcja plastyki!), a Jan Peszek jest nadzwyczaj urzekający jako pełen werwy dziadek o duszy dwudziestoparolatka, mający więcej energii niż jego wiele lat młodszy syn. Oj, dużo więcej!

Gdy umiejscowimy Juliusza pomiędzy innymi polskimi komediami ostatnich lat, z łatwością stwierdzamy, że Aleksander Pietrzak zrobił film całkiem szczególny. W końcu bowiem otrzymujemy żarty, które częściej uderzają w sedno, niż tego nie robią. Nie czuć też irytującego parcia na humor, które w innych filmach powoduje raczej efekt odwrotny od śmiechu – taki nieco szyderczy smutek, że znowu nie wyszło. Nie ma też silenia się na kino jakkolwiek wybitne. Czuć tutaj lekkość i prawdę. Kiedy innym w komedii nie wychodzi, Pietrzakowi się udaje, i choć najlepsze rzeczy otrzymujemy w Juliuszu na samym końcu, gdy film przyprawia nas o dwubiegunowe rozchwianie (wiecie, w kolejności śmiech, łzy, śmiech, łzy), to finalnie trochę jednak chwiejna całość w ogóle nie rozczarowuje. Mamy w tym filmie wrażliwość, ale również skłonność do zabawy. I te dwie cechy – wrażliwość i zabawa – w Juliuszu są chyba najlepsze. Połączenie, chciałbym na koniec stwierdzić, wręcz idealne. Przybijam piątkę Panu Pietrzakowi i czekam na więcej.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *