Bloody Poles – recenzja filmu „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” (2018)

Mówiąc o wakacyjnym starciu dwóch filmów o Dywizjonie 303, byłem święcie przekonany, że polska propozycja będzie tą gorszą. Nie chodziło nawet o moją obawę związaną z mniejszym budżetem, ale przede wszystkim o niekoniecznie dobre wspomnienia związane z polskimi filmami historycznymi czy wojennymi, których tytułów przypominać nie będę. Po prostu o nich zapomnijmy.* Dwa tygodnie temu sprawa się trochę wyklarowała – 303. Bitwa o Anglię, polsko‑brytyjska koprodukcja, nie pozostawiała żadnych wątpliwości: to nie był dobry film. A jego największą bolączką okazała się jego niepotrzebność w dyskursie dotyczącym polskich pilotów w Bitwie o Anglię. Gdzieś pomiędzy kolejnymi scenami rosły nadzieje na to, że „ten drugi” będzie choć trochę lepszy. I tak, troszeczkę jest. Wciąż jednak popełnia błędy, równie rażące. Jeżeli spodziewacie się również, że w tym tekście ucieknę od porównań do wcześniejszej Bitwy o Anglię, to od razu uprzedzam, że nie ucieknę. Nie potrafię.

Dywizjon 303. Historia prawdziwa jest wzorcowym przykładem filmu, który boryka się z przykrą tendencją spadkową, wynikającą z nieodpowiedniego kierunku obranego przez twórców oraz jego efektów ubocznych. Warto jednak skupić się na początku i pierwszym wrażeniu, zresztą zaskakująco dobrym, bez którego owa tendencja spadkowa nie mogłaby zaistnieć. Podchodząc do Dywizjonu 303 bez większych oczekiwań, początkowo można być naprawdę pozytywnie zaskoczonym. Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieć do czynienia z filmem przynajmniej niezłym. Znane twarze dają poczucie swojskości. Czas przygotowań „bloody Poles” do walki nie trwa zbyt długo, a film dość sprawnie przechodzi do sedna, czyli powietrznych potyczek. Również one wyglądają w Dywizjonie 303 dużo lepiej niż w Bitwie o Anglię (co stwierdzam, patrząc jednocześnie na budżet jakim twórcy operowali). Dopracowanie wpływa na poczucie autentyzmu. Ono znowu wspomaga napięcie, z którego nieudolne efekty specjalne u poprzednika niejednokrotnie potrafiły skutecznie wybić. Nawet przesadnie zarysowane stanowisko wobec polskich lotników (uwierzcie, że „bloody Poles” nie znalazło się w tytule przypadkowo), niekiedy wzbudzające nieszczery uśmiech na twarzy widza, nie przeszkadzają snuć nadziei, że „a nuż Dywizjon 303. Historia prawdziwa będzie zaskakującym filmem”. Wszem i wobec ogłaszam, że nie będzie. Wystarczyło kilkanaście kolejnych minut, żeby się o tym przekonać.

Zastanawiam się, co Denis Delić widzi w swojej głowie, słysząc słowo „wojna”. Zastanawiałem się też w momencie, kiedy oglądałem jego wizję wojny w Dywizjonie 303. Może sielankowość będzie tutaj określeniem dość skrajnym, ale w tym przypadku myślę, że mogę sobie na tę skrajność pozwolić. Sielankowość, płaczliwy dramatyzm i lekkie żołnierskie życie na froncie krwawej wojny to słowa klucze tego, co oglądamy na ekranie, i w skutkach tego, czego nie jesteśmy w stanie w Dywizjonie 303 przeżyć. II wojna światowa jest tutaj oczywiście walką, ale zupełnie wyzbytą z krzty jakiegokolwiek prawdziwego dramatyzmu. W zamian twórcy dopuszczają się cierpkich sztuczności (scena z wybuchającym samochodem na drodze, o zgrozo!), tandetnych melodramatycznych klisz (cała relacja pomiędzy Zumbachem a piękną blondynką to jeden wielki kicz, łącznie z beznamiętnymi występami aktorskimi obojga), a kiedy decydują się na wzbudzanie w widzu patriotycznej więzi, robią to w sposób nadzwyczaj patetyczny (dużo bardzo złych rzeczy zadziało się w muzyce). Nie ma tam też praktycznie motywu śmierci. Oprócz jednej, zresztą kapitalnej sceny odśpiewania hymnu i cichego, niemego tańca, potencjalnych ofiar lub ciągłego stania twarzą w twarz ze śmiercią jakby w ogóle nie było. Niczym bumerang powraca i tutaj nieznośna błahość filmu. Z tą różnicą, że w Bitwie o Anglię była to błahość kwestionująca potrzebę powstania filmu. W Dywizjonie 303 aż tak ambiwalentnie nie jest. Szkoda, że w ogóle jest.

Szczerze cieszę się, że za dwa tygodnie nie otrzymamy kolejnego filmu o Dywizjonie 303, choć być może byłby to film, na jaki faktycznie polscy bohaterowie zasługują. Pisząc o tym w reżyserii Delića, czuję się trochę, jakbym po raz kolejny pisał to samo, bez końca. Bo znowu się nie udało. Ponownie chwalimy bohaterów, ale w nie najlepszym stylu. Kolejny raz błahość uniemożliwia jakiekolwiek większe przejęcie się losami bohaterów. Różnica jest jednak znacząca i myślę, że mocno wpływająca na ostateczny odbiór polskiego filmu. Dywizjon 303 w kluczowych lotniczych scenach ogląda się naprawdę bezboleśnie, i choć wciąż narracyjnie jest bardzo przeciętnie, żeby nie powiedzieć, że słabo, to pod względem technicznym powinniśmy być z tego filmu dumni. Przynajmniej ja jestem.

Ps. Patrząc na obsadę, a przede wszystkim na Zakościelnego, pojawiającego się od czasu do czasu gdzieś na ekranie Wieczorkowskiego i Adamczyka, oczywiście w roli zupełnie innej, czułem się momentami jakbym oglądał Czas Honoru, tylko gorszy i w powietrzu. Tak…

* to może faktycznie trochę niesprawiedliwe, bo jest wiele polskich filmów historycznych, o których warto pamiętać, ale negatywne wrażenie generalizujące jest nie do zatarcia.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *