Zgrzyt zębów – recenzja książki „Ostre przedmioty” Gillian Flynn

Raczej boimy się wszelkich ostrych przedmiotów. Boimy się skaleczenia. Rany. Krwi. Bólu. Dla głównej bohaterki debiutanckiej powieści Gillian Flynn były jednak ucieczką. Kolejnymi fizycznymi ranami zadawanymi własnemu ciału, które wybawiały ją – oczywiście jedynie pozornie – od wewnętrznych ran, którymi poprzecinana była i wciąż jest jej dusza. Jednostajnie, równie boleśnie krwawiąca. Bez końca. To, co w Ostrych przedmiotach jest najsilniejsze, to właśnie jednostkowy dramat Camille Preaker – reporterki, która wraca do rodzinnego Wind Gap, by zbadać sprawę morderstw dwóch dziewczynek. Dramat, który momentalnie przeradza się w duszny thriller rodzinny, spychający niekiedy na drugi plan kryminalną intrygę oraz poznanie tożsamości seryjnego mordercy

Nie oznacza to bynajmniej, że Flynn w intrydze kryminalnej sobie jakkolwiek nie radzi, mimo że konstruuje swoją debiutancką fabułę w sposób szczególnie ryzykowny. Od razu zdradza nam poszlaki, podsuwa sensowne przeczucie i po kilku rozdziałach jesteśmy już pewni, kto faktycznie stoi za brutalnymi morderstwami w Wind Gap. Flynn nie pozostawia nas jednak z pierwszym lepszym rozwiązaniem. Niebezpośrednio przedstawiając nam tożsamość mordercy, wytwarza napiętą, małomiasteczkową atmosferę, pełną wyczuwalnych niedopowiedzeń. Niby autorka mówi dużo, ale też nie mówi nam wszystkiego. Czasami coś niepokojąco przemilcza, ale nawet pomimo tego niepokoju trwamy w podsuniętych sugestiach. Jednak im bliżej końca, tym Flynn zaczyna powoli spuszczać na odbiorcę lawinę nowych skojarzeń i faktów, które sprawiają, że nawet najbardziej zawzięty i nieskory do zmiany swojego zdania czytelnik, na chwile zwątpi w siebie i swoje przypuszczenia. Albo i nawet je zmieni, tak jak było chociażby w moim przypadku. Co więcej, ani przez moment nie zarzuci autorce, że jej metoda prowadzenia historii jest infantylna czy najprościej w świecie naciągana. Powiedziałbym, że jest bezczelna, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ Flynn – na szczęście bez użycia ostrych przedmiotów – dotkliwie atakuje myśli swojego czytelnika. Raczej nie wyrządza mu szczególnej krzywdy, ale gdzieś między wierszami pozwala sobie na uszczypliwości. Zaś niepersonalny środkowy palec skierowany w stronę jego naiwności czytelnik odczytuje sobie już sam. I trochę on boli. Ale jest zasłużony.

Depresja kojarzy się wszystkim z niebieskim, ale ja byłabym szczęśliwa mogąc się obudzić w intensywnie niebieskim krajobrazie. Depresja ma dla mnie żółty kolor moczu. Uprzykrzone, bezkresne kilometry rzadkich szczyn.

W Ostrych przedmiotach najważniejszy jest jednak dramat Camille Preaker, która mierzy się ze swoją przeszłością. Pod słowem „przeszłość” kryje się nie tylko społeczność Wind Gap, czy też stare, porwane na strzępy znajomości z miejscowymi, ale przede wszystkim negatywnie wartościowana rodzina, rozumiana w przypadku powieści niemal jako przekleństwo. Camille jest bowiem rodzinnym brzydkim kaczątkiem. Elementem układanki, który nie pasował i niszczył konstrukt wykreowany przez Adorę – jej matkę i głowę rodziny zarazem, będącą wielką Panią w zapyziałym małym miasteczku, opiekującą się swoją młodszą córką Ammą, żywą demoniczną laleczką. Powrót Camille prowadzi do nieuniknionego starcia z rodzicielką: kolejnych potyczek słownych, wylanych łez i poczucia niesprawiedliwości oraz… niekochania. Nie jest to jednak kluczowe starcie Camille. Główna bohaterka walczy przede wszystkim z samą sobą i destrukcyjnymi wspomnieniami, w których zatrważają obrazy nastoletniej zagubionej dziewczyny, balansującej pomiędzy życiem i bólem. Czuć w nich dziewczęcą delikatność, ale w kontraście poraża zupełnie niedelikatne doświadczenie. Doświadczenie, które przerosło młodą buntowniczkę. Tak bardzo, że sięgnęła po ostre przedmioty.

Finalnie ciężko uniknąć odwołania się do jeszcze ciepłego serialu HBO o tym samym tytule, który powstał właśnie na podstawie debiutanckiej powieści Flynn. Adaptacja Ostrych przedmiotów jest bowiem duszniejsza, powolniejsza i jeszcze mocniej skoncentrowana wokół Camille, której wewnętrzne rozdarcie wybrzmiewa znacznie dobitniej. Jean-Marc Vallée zdaje się prowadzić historię – wcześniej sprawnie wykreowaną przez Flynn – na swój własny, równie skuteczny sposób. Zobaczymy jednak jak francuski reżyser poradzi sobie z zakończeniem, które Gillian Flynn rozegrała w swojej powieści niemal znakomicie. Zresztą – co warto na końcu zaznaczyć – w powieści bardzo dobrej.

 

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *