Zmysłowa miłość nocą – recenzja płyty „Pain & Pleasure” Black Atlass

Kiedy przed dwoma laty światło dzienne ujrzał debiutancki krążek Black Atlass Haunted Paradise, nie ukrywałem swojego zachwytu. „Ciężko do tak rewelacyjnego krążka nie wracać” pisałem, kończąc rozprawę nad debiutem Kanadyjczyka. Czas szybko zweryfikował te słowa, a Haunted Paradise, podobnie zresztą jak sam Black Atlass, dość szybko popadli w moje zapomnienie. Na następce debiutu musieliśmy czekać zaledwie dwa lata. Nieco skromniejsze, bo jedynie ośmiopiosenkowe, Pain & Pleasure nie wstrząsa brzmieniem Kanadyjczyka z poprzedniego krążka. Black Atlass wciąż obraca się w mrocznym i klimatycznym r&b, przesyconym erotyzmem i intymnością. Tym razem będę jednak bardziej ostrożny w ostatecznych osądach, w końcu człowiek powinien uczyć się na błędach.

Nie oznacza to jednak, że Pain & Pleasure jest pod jakimkolwiek względem gorsze od debiutanckiego Haunted Paradise. Skromniejsze w ilości piosenek, brzmieniem zdaje się prześcigać swojego poprzednika. Nie jest to oczywiście brzmienie jakkolwiek odważne. Black Atlass tkwi bowiem w swego rodzaju wycofanym r&b, do którego zdążył nas już przyzwyczaić. Tworzy się wokół niego całą ta nasycona erotyzmem aura, która w dużej mierze na Pain & Pleasure jest właściwie najbardziej ujmująca. Jego największą siłą jest przede wszystkim melancholia przeplatająca się z seksualną zmysłowością. Album Kanadyjczyka pod tym względem przypomina w dużej mierze inne rewelacyjne tegoroczne wydawnictwo, a mam tutaj na myśli so sad so sexy od Lykke Li. Choć Szwedka zdaje się uderzać w trochę ostrzejsze erotyczne tony (weźmy choćby potężnie dziwkarskie deep end), ostatecznie dominujący klimat wydaje się podobny. Również u Black Atlass jest smutno i seksownie, mimo że momentami jakby faktycznie trochę bardziej subtelnie (a już szczególnie w powolnym i delikatnym Shadows).

Na te subtelności nie wskazują jednak brzmienia kolejnych utworów. Pociągające swoją zmysłowością, tytułowe Pain & Pleasure jest niczym to nocne kochanie się z kobietą, o którym w refrenie śpiewa Kanadyjczyk. Przesycona czerwonymi światłami, teledyskowa sceneria klubu z tancerką pole dance w jego centrum jest jedynie dopełnieniem obrazka, który muzycznie kreuje Black Atlass. Podobnie jest ze zwalniającym pod koniec Kinda Like It, opowiadającym o toksycznej relacji; innym rodzaju miłości, w którym dość dobitnie wybrzmiewają słowa „The day you fall in love with me, I’ll break your fuckin’ heart / ‘Cause I’ve been married to the game just way too fuckin’ long”. Obok nich dumnie stoją bujające Feel, niekiedy bardziej balladowe Fantasy oraz If They Only Know, w którym erotyzm ukryty w brzmieniu ustępuje trochę miejsca emocjonalności. Co ciekawe, zupełnie inną muzykę zwiastowało otwarcie albumu. W Something Real Black Atlass zdaje się romansować z muzyką, której na pewno przed kilkoma laty nie powstydziliby się raperzy mocno osadzeni w r&b, odważnie rzucający się jednocześnie w mainstream. Nie ma w niej nuty tajemniczości, która dominuje w pozostałych utworach na albumie. Pamiętajmy za to, że inne wcale nie znaczy gorsze. Całościowego wrażenia nie jest w stanie zepsuć nawet nijakie My Love, zamykające album, będące zresztą pierwszym singlem promującym wydawnictwo.

Na Pain & Pleasure jest bez wątpienia bardzo solidnie. To album, którego po Black Atlass moglibyśmy się spodziewać. Nie ma gwałtownych zwrotów czy niepotrzebnych zerwań. Jest za to muzyka i brzmienie, w którym Kanadyjczyk wydaje się czuć najpewniej. Jednocześnie drugi album, będący tym popularnym w branży muzycznej sprawdzianem, nie jest kopią pierwszego i czuć to, że Black Atlass faktycznie poszedł do przodu. Ciężko uciec ponownie od konotacji z największym obecnie w „mrocznym r&b”, a mianowicie z Ablem a ka The Weeknd, szczególnie z jego wczesnego okresu twórczości. Black Atlass niekiedy brzmi jak jego bardzo bliski brat i nie ma w tych słowach niczego negatywnego. Sam zresztą, gdyby doszło do starcia z muzycznym gigantem, wybrałbym jednak tego mniej znanego Kanadyjczyka, który – zamiast kilku przebojów na swoim koncie – ma świeżość, brzmieniową spójność, ciekawszą barwę i przede wszystkim szczerość (ta znów objawiła się na ostatniej EP-ce The Weeknd My Dear Melancholy). Samo Pain & Pleasure to płyta dla wszystkich, którzy lubią w muzyce nutę bólu i erotycznej przyjemności. Black Atlass śpiewa bowiem o miłości – duchowej i fizycznej. W obu przypadkach nieszczęśliwej.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *