Męskie uciechy, czyli „Inne rozkosze” Jerzego Pilcha

Przed rokiem pisałem o (wówczas) najnowszej powieści Jerzego Pilcha, a mianowicie o Portrecie młodej wenecjanki. Książka ta pozostawiła mnie z nutą rozczarowania, choć po dziś dzień – podobnie jak przed rokiem, gdy o „Wenecjance” pisałem – nie jestem w stanie określić źródła tego maleńkiego niedosytu, który – pomimo nieco negatywnego wydźwięku – wbrew pozorom trochę bardziej zaciekawił mnie Pilchem. Napisane w połowie lat 90., Inne rozkosze miały być szybkim spotkaniem z pisarzem, choć pod tą szybkością kryć się miało (bardzo) przyspieszone poznanie (a może bardziej muśnięcie?) tego, czego nie poznałem przed „Wenecjanką”. Mając dwudziestokilkuletnią dziurę w twórczości Pilcha, doszło do wstrząsu poznawczego pomiędzy Pilchem sprzed roku – który nie oszukujmy się, po jednej powieści i to wówczas najnowszej, był raczej Pilchem wyobrażonym – oraz Pilchem, o którym piszę teraz. Bo widzicie, w Innych rozkoszach jest tak jakoś puściej. Mniej gadatliwie. Nie ma też rozkoszy.

Rozkosz rozumiem tutaj inaczej niż mogłaby to sugerować książka. W przypadku powieści rozkosz odnosi się bezpośrednio do kolejnych kobiet, pojawiających się głównie w życiu Pawła Kohoutka, oraz związanej z nimi emocjonalnej niedojrzałości głównego bohatera. Choć nie ukrywam, że z mojej strony jest to jedynie zabawa z tytułem powieści, rozkosz, której brakuje mi tutaj najbardziej, to ta z przeżywania tekstu. Brak w nim bowiem literackich uniesień (może poza najbardziej ujmującym pod tym względem epilogiem), puszczonych oczek w stronę czytelnika i momentów, w których faktycznie na moment chciałby się on zatrzymać. I zachwycić się tym, co czyta. Niby dzięki temu prędko przechodzimy przez kolejne kartki niewiarygodnej i przerysowanej historii, ale z drugiej strony nieznośnie brakuje nutki finezji – pięknego, słownego zagrania w punkt. Dość sucho i bez literackich upiększeń poznajemy historię Kohoutka i jego „aktualnej kobiety”, która – po niespodziewanym przybyciu z Krakowa do ziemi cieszyńskiej – chowa się na piętrze starej rzeźni. Kohoutek ukrywa ją tam przed swoją rodziną, choć gdzieś wewnętrznie zdaje sobie sprawę, że „aktualna kobieta” przybyła, by tutaj zostać i ułożyć sobie życie. Rozkosz ustępuje w tej sytuacji miejsca niewiedzy o intencjach kochanki, stresowi oraz poczuciu potrzasku. Kohoutek zaś z bawidamka i czarującego mężczyzny, któremu nie opierają się kobiety, momentalnie staje się ofiarą swoich dotychczasowych uciech. Żeby nie powiedzieć, że najzwyklejszą fujarą.

Ty, Kohoutku, zacząłeś od pewnego czasu rozpaczliwie uciekać, zacząłeś szukać miłości, która nie byłaby ci, jeśli nie w całości, to z pewnością pod wieloma względami zakazana. I odkryłeś, że jedyną prawdziwie dozwoloną miłością jest miłość całkowicie i przez wszystkich zakazana.

Irytacja związana z książkowym obcowaniem z Pawłem Kohoutkiem nie wynika bynajmniej z jego kobieciarstwa. Bawienie się kobietami i pozbawione jakichkolwiek konsekwencji skakanie z kwiatka na kwiatek mogę mu jeszcze wybaczyć. Ciężko wybaczyć jednak Kohoutkowi momentalne zdziecinnienie, które objawiło się wraz z możliwym nadejściem konsekwencji swojej (kolejnej) zdrady. Niedojrzałość emocjonalna to chyba zbyt delikatne określenie na to, co faktycznie obserwuje się w przypadku głównego bohatera. Paweł Kohoutek to frywolne, nieco nieznośne dziecko, któremu rozkosz sprawia to, co zakazane. Dziecko ukryte w ciele dojrzałego mężczyzny. Fizyczność nie idzie tutaj jednak w parze z tchórzliwą i płochliwą osobowością. Uwięziony w potrzasku, o którym wspomniałem chwilę wcześniej, Kohoutek krąży pomiędzy rodzinnym domem i starą rzeźnią. Niczym kukiełka opętana przez namiętność i racjonalność zarazem. Podejrzliwa i próbująca przewidzieć najbliższą przyszłość. Próby te nie wynikają jednak z chęci definitywnego rozwiązania sprawy, a zwykłego strachu. Bo Kohoutek kocha to, co racjonalne, ale pragnie tego, co namiętne. Tkwiąc w niezdecydowaniu, coraz bardziej pogłębia swoją wpadkę i dającą o sobie znać życiową porażkę. Nazywając jednak Kohoutka dzieckiem, myślę, że każde dziecko z osobna mogłoby poczuć się nieco urażone. Dziecko bowiem z ciężkiej lekcji wyciągnęłoby naukę. Kohoutek koniec końców raczej jej nie wyciąga.

Podobnie z konsekwencjami radzi sobie Pilch. Kiedy faktycznie Inne rozkosze zbliżają się do momentu konfrontacji, w którym poznamy nie tylko konsekwencje czynów Kohoutka, ale również konsekwentność pisarską autora, Pilch nas niegrzecznie porzuca i wszystko zamyka w kilkustronicowym epilogu. O to mam właśnie do niego i jego książki chyba największy żal. W Kohoutku i w jego rodzinie mogłoby zadziać się więcej. Jego do bólu irytujące przedstawienie mogłoby być pełniejsze i w efekcie jeszcze lepsze niż ostatecznie jest. Mamy za to szybkie urwane zakończenie, które oczywiście nie przekreśla tego, co Pilchowi udało się wykreować w książce wcześniej. Kohoutek to wciąż ciekawy przykład literackiego bawidamka, a przywołana groteskowa scena pogrzebu skradła moje podłe i pragnące takich historii serce (albo chociaż jego część, bo są też części bardziej kochane i ludzkie). Moje drugie spotkanie z Pilchem jest jednak podobne do drugiego spotkania z Tokarczuk, która mimo wszystko, dzięki Ostatnim historiom (ale nie tylko!) jest oczkiem w mojej głowie. Spotkaniem bez większego entuzjazmu, jednak – co warto ponownie dodać – na pewno nie ostatnim.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *