Heroizm szaleńców – recenzja filmu „303. Bitwa o Anglię” (2018)

Tuż obok suchych żartów o ewentualnym pomyleniu filmu, na ekranach polskich kin pojawiła się właśnie pierwsza z dwóch produkcji o Dywizjonie 303, które trafią w tym miesiącu do szerokiej dystrybucji w naszym kraju. 303. Bitwa o Anglię – polsko‑brytyjska koprodukcja – była niczym pierwsza część tego krypto starcia pomiędzy propozycją Davida Blaira i polskim reprezentantem, który – kontynuując za jego tytułem – opowiada historię prawdziwą (pewne uszczypliwości aż cisną się na usta). Jeszcze do wczoraj byłem święcie przekonany, że Bitwa o Anglię będzie tym lepszym spośród dwójki filmów o Dywizjonie. Lepszym z dwojga złego. Po filmie Blaira zastanawiam się jednak nad słusznością moich przypuszczań. Bowiem jego Bitwa o Anglię nie tylko rozczarowuje, ale przede wszystkim wzbudza sporo wątpliwości. To film, który skutecznie pokazuje heroizm Polaków, ale jednocześnie na tym heroizmie się kończy.

303. Bitwa o Anglię to ten typ filmu wojennego, którego raczej nie lubię. Grymaszę, gdy widzę kolejne próby postawienia wielkiego filmowego pomnika bohaterom, zamiast konkretnego skupienia się na problemach i rozterkach (niekoniecznie miłosnych) postaci. Nieostentacyjnie wzdycham, gdy dostrzegam jakąś nadzieję na emocjonalne fajerwerki, momentalnie przekreśloną przez kolejne próby budowania pomnika, który nawet jeżeli zostanie zbudowany, to będzie na tyle chwiejny, że po kilku dniach w naszych głowach (a to już naprawdę w porywach) nagle runie. 303. Bitwa o Anglię jest trochę takim pomnikiem. Przedstawieniem zacięcie walczących przeciwko nie‑ludziom Polaków, uwikłanych w tragiczne obrazy wiszących ludzi na latarniach w ich ojczyźnie. Kierują się oni jednocześnie nienawiścią i zemstą oraz miłością do kraju i swoich najbliższych, których już nie ma. Przez niemal dwie godziny twórcy budują mit wojennych szaleńców – polskich żołnierzy, którzy się nie poddali i jako Dywizjon 303 wspomagali brytyjską armię, zabijając nie tylko wrogów Brytyjczyków, ale przede wszystkim własnych. Ów mit budowany jest jednocześnie przez mniejsze akcenty, pojawiające się pomiędzy kolejnymi powietrznymi bitwami – od silnego wątku wiary, przez szarmanckość polskich żołnierzy w stosunku do brytyjskich kobiet, braterską siłę, po bycie Polakiem bez względu na mieszane pochodzenie czy wywodzenie się z innej kultury. Żołnierz Polak jest w Bitwie o Anglię figurą żołnierza, który walczy do ostatniej kropli krwi. Walczy przeciw nazistowskim Niemcom. Przeciw Hitlerowi. Nie tylko za Anglię, ale przede wszystkim za poległą już Polskę. Kolejne żołnierskie postawy składają się na filmowy pomnik, który David Blair wydaje się stawiać polskiemu Dywizjonowi. Każda kolejna cegiełka prowadzi nas do patetycznego końca i jednocześnie fabularnie jakby donikąd.

Powietrzne wyczyny Polaków wzbudzają najważniejsze w nich napięcie, a w kluczowych sekwencjach Blair trzyma nas na wodzy. Oczywiście na tyle, na ile faktycznie jest to możliwe. Bitwa o Anglię bowiem technicznie prezentuje się nadzwyczaj przeciętnie. Niby staramy się przymknąć oko na pewne niedociągnięcia, uwydatnione szczególnie podczas starć lotniczych, ale do końca chyba nie jesteśmy w stanie. Niekiedy uciekamy myślami od historii, na której Blair silnie i – co warto podkreślić – w miarę skutecznie stara się skupić naszą uwagę (nawet pomimo dziur budżetowych, które niejednokrotnie skutecznie mogłyby przekreślić jego reżyserskie działania). Nic nie dzieje się jednak na końcu. Wojna się kończy. Życie żołnierzy Dywizjonu 303 drga po doświadczeniach wojennych. Nic nie drga jednak w nas – w widzach. To najprawdopodobniej skutek zbyt subtelnego potraktowania rozterek głównego bohatera, towarzyszących wątkowi wojny. Historia Jana Zumbacha zostaje bowiem podzielona na kilka akcentów – od zauroczenia, tęsknoty za Polską i za tym co w Polsce, po żołnierskie wahania i powiązania z towarzyszami. Brakuje w tym skupienia na jednym konkretnym motywie, które pozwoliłoby na ostateczne jednostkowe przeżycie, które mogłoby zresztą uratować ostateczną recepcję filmu. Tak, po Bitwie o Anglię szanujemy Dywizjon 303 i – jak głosi plakat – chwalimy bohaterów, ale jednocześnie zastanawiamy się, po co Bitwa o Anglię faktycznie powstała?

Odpowiem szczerze: poza chęcią uczczenia bohaterów, nie wiem. W finałowej patetyczności rodzi się bowiem jakaś nieznośna oziębłość, która niszczy nawet ten filmowy pomnik, zresztą przez cały tekst po cichu i nieśmiało negatywnie przeze mnie cechowany. 303. Bitwa o Anglię przypomina o polskich bohaterach i ich działaniach w szeregach brytyjskich dywizjonów, ale owo przypomnienie niczego za sobą nie niesie. Żadnych emocji. Żadnego skupienia. Przed nami jeszcze jeden film o Dywizjonie 303. Miejmy nadzieję, że lepszy. Może to „nie pomyl filmu” jest swego rodzaju obietnicą?

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *