Filmowy lipiec, czyli „McQueen”, „Na plaży Chesil” i „Fantastyczna kobieta”

Wakacje to zwykle czas małego filmowego zastoju. Dystrybutorzy nie raczą nas filmami, które zaburzają nasze prywatne rankingi najlepszych filmów roku, a częściej stawiają na lekkość i wakacyjną swobodę. Nic więc dziwnego, że na ekranach polskich kin króluje właśnie druga część filmu Mamma Mia (recenzję dużo lepszej „dwójki” znajdziecie tutaj), która ma wszystko, czego oczekiwalibyśmy od wakacyjnego hitu. W końcu posiada humor, słoneczne promienie, zarażające uśmiechy bohaterów, a wisienką na torcie jest muzyka kultowej ABBY. Czas przyjrzeć się jednak tym, którzy zostali przeze mnie pominięci, a że short recenzje filmowe na blogu były ostatnio w listopadzie (sic!), warto odświeżyć ten sposób pisania o filmach i przyjrzeć się tym, dla których niby zabrakło miejsca, ale ostatecznie trochę się go na blogu znalazło.

McQueen
reż. Ian Bonhôte

Od biednego geniusza do nieszczęśliwego bogacza

McQueen wszedł do polskich kin dwa tygodnie po innym dokumencie traktującym o wielkiej jednostce. Mam tutaj oczywiście na myśli rewelacyjny film Whitney, który choć niepozbawiony wad, skradł moje muzyczne serce i na nowo rozkochał w wokalu wspaniałej Houston (recenzję filmu znajdziecie tutaj). Ciężko nie patrzeć więc na dokument Bonhôte’a trochę przez pryzmat dokumentu McDonalda. Oba filmy łączy bowiem nie tylko opowiadanie o kimś wybitnym, na zawsze zmieniającym oblicze sztuki. To dwie opowieści o ludziach, których sława przytłoczyła i doprowadziła do osobistych problemów, których skutkiem była śmierć. Różnił ich właściwie sam start. Choć ostatecznie, pod recenzją, McQueen otrzyma ode mnie jedno oczko mniej w ocenie niż Whitney, nie wynika to bynajmniej z faktu, że film Bonhôte’a jest jakkolwiek gorszy. To bardziej kwestia sentymentu do postaci Houston. Na poziomie realizacyjnym, Bonhôte niekiedy przewyższa McDonalda. Tutaj wystarczy wspomnieć chociażby animacje szatkujące historię na kolejne rozdziały, które zapierają dech. Kwintesencją są jednak wspaniałe pokazy mody, ukazujące wirtuozerię McQueena, ale również robiące wizualnie najlepsze rzeczy każdemu, kto pragnie ujrzeć na ekranie coś wizualnie nietuzinkowego. Najmocniejszy jest jednak motyw muzyczny, nadający całości podniosłego charakteru. Po dziś dzień zresztą te dźwięki rozbrzmiewają (albo może nawet dudnią?) w mojej głowie. Jako osoba, która nie znała jakoś blisko twórczości McQueena (może oprócz tych szalonych butów, w których swego czasu pokazywała się również Lady Gaga), czuję się jak najbardziej usatysfakcjonowany przedstawieniem działalności projektanta. Jego sztuki i unikatowej wrażliwości. Wciąż jednak McQueen pozostaje dla mnie wielką zagadką, której temu dokumentowi ani trochę, w najmniejszym stopniu nie udało się rozwikłać. Smutny to film, bo i w życiu McQueena wszystko było równie smutne. A co najmniej takie ma się podczas seansu wrażenie. Jeden z ważniejszych tegorocznych dokumentów.

Na plaży Chesil
reż. Dominic Cooke

Problemy młodego małżeństwa

Aż ciężko mi uwierzyć, że Na plaży Chesil faktycznie się nie udało. Musicie mi wybaczyć bezpośredniość, ale rozgoryczenie, jakie towarzyszyło mi po tym filmie, nie pozwala mi na bycie subtelnym. W końcu scenariusz do filmu napisał sam autor książki, na podstawie której powstał film, a to nie byle kto, bo sam Ian McEwan, który na swoim koncie ma chociażby Pokutę (film bardzo cenię, ale przyznam, że faktycznie przez jej pierwowzór nie przebrnąłem). Nie zabrakło też szanowanych nazwisk, a obok Saoirse Ronan w Na plaży Chesil wystąpiły jeszcze Emily Watson czy Anne‑Marie Duff. Sam film dzieje się w trakcie miesiąca miodowego, kiedy pomiędzy małżonkami dochodzi do pierwszej próby seksualnej inicjacji, „konsumpcji małżeństwa”. Kolejne podejścia przerywają retrospekcje, w których poznajemy splatające się losy Florence i Edwarda. Główna historia zostaje osadzona w pięknej surowej Anglii, która zachwyca swoją delikatnością, tworząc wokół całej historii niespieszny klimat. Całość owiana jest jednak aurą błahości, a kolejne słowne potyczki oraz nieporozumienia wychodzące z nieumiejętności wspólnego życia, jedynie tę błahość potęgują. Nie ma tam też żadnych konkretnych emocji. Czuć jedynie jakiś irytujący kaprys, wzbudzający bardziej zbędne poczucie politowania niż poruszenie. Największym rozczarowaniem jest jednak Ronan, która jest w tym filmie wyjątkowo mdła, a mając w pamięci jej najlepsze role, sprawia niekiedy wrażenie aktorsko nieobecnej. Na koniec podjęta zostaje próba emocjonalnego porwania widza. Połowicznie zresztą udana, bo choć coś w Na plaży Chesil zaczyna coś drgać, przeraźliwie cukierkowy posmak jest ciężki do przełknięcia.

Fantastyczna kobieta
reż. Sebastián Lelio

Żałoba nie dla każdego

Pamiętam, że podczas oglądania gali oscarowej, bardzo zdziwiło mnie, że Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego trafił w ręce twórców Fantastycznej kobiety. Choć przed oscarową nocą krążyły takie pogłoski, ostatecznie wydawało mi się, że rosyjska Niemiłość czy nagrodzone w Cannes The Square są nie do pokonania. Ostatecznie oba filmy uległy chilijskiemu kandydatowi. Fantastyczną kobietę wakacyjnie nadrobiłem w ramach Sztuki za ósemkę w krakowskim Arsie i choć cieszę się niezmiernie, że oscarowego zwycięzce zobaczyłem, wciąż wydaje mi się, że w nominowanej piątce byli lepsi. Film Lelio opowiada historię młodej kobiety, która traci najbliższego człowieka. Po jego śmierci, boryka się z niezrozumieniem rodziny zmarłego, ale również z nietolerancją, strachem przed jej innością oraz wykluczeniem. Marina bowiem jest transseksualną kobietą. Emocjonalnie dramat kobiety jest bardzo dobrze budowany. Fantastyczna kobieta jest przede wszystkim obrazem człowieka, któremu zabrania się przeżywania żałoby oraz uniemożliwia pożegnania z miłością, na zawsze zresztą utraconą. Świetnie ogląda się w nim Danielę Vegę, która jako Marina jest bardzo ciekawa, balansująca pomiędzy naprawdę dobrym aktorstwem i przedziwnym (w sposób bardziej intrygujący) przerysowaniem rodem z południowoamerykańskich telenoweli. To również kilka scen perełek – od dragowego kolorowego balu, w który zmienia się zwykła dyskoteka, po walkę z wiatrem głównej bohaterki (te liście przypominały mi Na zawsze Laurence Dolana, aż zdziwiłem się, że można jeszcze ładniej!). Problemem Fantastycznej kobiety jest jednak samo zakończenie, które niemiłosiernie się przeciąga, i kiedy wydaje Ci się, że film mógłby się już skończyć, on brnie jeszcze dalej, tracąc w pewnym momencie swoje tempo. Po drodze zgubiła się gdzieś też ta homofobia, wybrzmiewająca tutaj w sposób nadzwyczaj karykaturalny. Jej lekkość i prześmiewczość gryzie się z powagą sytuacji, w jakiej znajduje się główna bohaterka. Wynikający z tego „gryzienia się” zgrzyt jest bardzo irytujący. Do tego stopnia, że czasami wybija nas z dramatu głównej bohaterki, wzbudzającego większe lub mniejsze emocje, ale jednak emocje. Szkoda więc, bo choć Fantastyczną kobietę na pewno warto zapamiętać (i dzięki poszczególnym scenom na pewno się zapamięta), to ostatecznie nie staje się żadnym wybitnym tytułem pośród innych reprezentantów kina LGBT.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *