Smutny erotyzm – recenzja płyty „so sad so sexy” Lykke Li

Kilka lat temu o Lykke Li usłyszała cała Polska (i nie tylko!) za sprawą jej piosenki I Follow Rivers, a właściwie chwytliwego remixu Magiciana, który spowodował, że Szwedzka wokalistka znalazła się na szczycie w wielu europejskich krajach. Choć artystka nigdy nie powtórzyła podobnego komercyjnego sukcesu, bardzo dobrze wykorzystała możliwość dotarcia do szerszego grona odbiorców i tym samym stała się kimś rozpoznawalnym w szeroko pojętej muzyce alternatywnej romansującej niekiedy z mainstreamem. Po klimatycznym I Never Learn, z którego pochodzi mój uwielbiany Gunshot (moi drodzy, ten teledysk!), Szwedka po czterech latach powraca z nowym albumem so sad so sexy.

Czwarty krążek Lykke Li to chyba najlżejszy brzmieniowo album w dotychczasowej jej karierze. Być może dlatego, że artystka nie boi się na nim czerpać z tego, co obecnie w muzyce najciekawsze i najpopularniejsze. Zwiastunem nieco innego kierunku był już pierwszy podwójny singiel, na który złożyły się otwierające album hard rain oraz deep end. Ten pierwszy jest bardziej nieśmiałym odejściem od tego, co słyszeliśmy na poprzednim albumie Lykke Li. Nieśmiałym, ponieważ gdzieś jeszcze słychać tutaj spokój z I Never Learn, choć jednocześnie nie można przejść obojętnie obok znacznie mocniejszych elektronicznych wpływów, nadających tej piosence lekkości i luzu. Dużo śmielsze jest natomiast deep end, które traktuje poniekąd o tym, jakie so sad so sexy faktycznie jest. To album bardzo smutny i bardzo seksowny. Do tego stopnia, że deep end brzmi na nim trochę niczym muzyczna pornografia, ubrana w jakiś niepokojący smutek połączony z wybitnie brudnym erotyzmem. Wyuzdanym. Przesyconym cielesnym napięciem. Owo połączenie sprawia, że Lykke Li brzmi nadzwyczaj intrygująco, a jej muzycznie bardziej wyzywająca, „dziwkarska” twarz wynosi deep end na wyżyny.

Stawiając sobie bardzo wysoko poprzeczkę już na samym początku, ostatecznie – po zdecydowanie najlepszym na albumie deep end – Lykke Li jej ani razu nie przeskakuje. Nie znaczy to jednak, że so sad so sexy w jakikolwiek sposób rozczarowuje, bo prawie każda (właściwie jedynie poza jaguars in the air, które wydaje się na albumie potrzebne, ale poza nim brzmi już bardzo nijako) z pozostałych piosenek plasuje się nadzwyczaj blisko „tego najlepszego”. Chociażby kolejne two nights, które jest chyba najskromniejszym w wyrazie utworem na albumie Szwedki, wybuchającym trochę w stylu wcześniejszego deep end podczas raperskich partii. Niemal identycznie jak Sober II z ubiegłorocznej Melodramy Lorde, w którym najpierw budowany jest klimat, ostatecznie zamieniający się w smakowity trap. Gdzieś obok two nights plasuje się „drakeowate” sex money feelings die, będące największym bangerem albumu, od którego nie sposób się uwolnić. Tuż po nim otrzymujemy świetne tytułowe so sad so sexy, stanowiące solidną popową balladę, której dopełnieniem jest jeszcze mocniejsze i bardziej emocjonalne better alone, w którym – idąc za tekstem – Lykke Li woli być sama niż samotna z „kimś drugim”. Mocno w pamięci zakorzenia się również dużo lżejsza ballada last piece, będąca trochę takim kompromisem dwóch twarzy Szwedki – tej smutnej i tej seksownej – następującym pomiędzy warstwą tekstową i warstwą muzyczną. Album zwieńczają trochę niedostrzeżona przez słuchaczy, rozwijająca się szczególnie pod koniec bad woman oraz singlowa utopia, która spokojnie prowadzi słuchacza ku końcowi, zaskakując nieco wolniejszym i melancholijnym końcem.

so sad so sexy Lykke Li przypomina mi pod pewnymi względami The Altar Banks sprzed dwóch lat (według mnie najlepszy z najlepszych w 2016 roku). To płyta, która – podobnie do albumu Amerykanki – po pierwszym zachwycie i zachłyśnięciu się melancholijno‑erotycznym brzmieniem, nieustannie dojrzewa i rośnie, a zamiast z biegiem czasu o niej zapominać, pamięta się o niej coraz bardziej i przeżywa jeszcze intensywniej. To dobry znak zarówno dla nowej płyty Lykke Li, jak i dla niej samej. W końcu so sad so sexy jest trochę muzyczną próbą. Nieprzypadkowo zresztą znajdujące się na okładce płyty „sad” jest przekreślone. To skierowanie się w inną stronę, pozostając przy tym jednocześnie w pewnym stopniu tą samą Lykke Li – świetną autorką tekstów i kreatorką niesamowitego klimatu. Nie da się ukryć, że to próba bardzo udana. Może niezbyt drastyczna, czy odcinająca bezpośrednio wcześniejszy okres twórczości, ale na pewno elektryzująca i bardzo pociągająca. Do tego stopnia, że jestem cholernie ciekawy, jak so sad so sexy sprawdzi się na najbliższej trasie koncertowej artystki, w ramach której odwiedzi również warszawski Torwar. Bo jako album sprawdza się znakomicie.

 

 

 

A WAM JAK SIĘ PODOBA NOWY ALBUM LYKKE LI?

Piszcie w komentarzach!

1 Comment

  1. bartosz-po-prostu

    Bardzo mi się podoba ta recenzja, bo myślę podobnie 🙂 Co prawda moja ulubiona płyta Lykke Li to w dalszym ciągu jej debiut, ale “so sad so sexy” ma kilka naprawdę świetnych momentów. Szczególnie “sex money feelings die”.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Bartek

    Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *