Wielkie nadzieje – recenzja albumu „High As Hope” Florence + the Machine

Trzy lata czekaliśmy na nowy album Florence Welch i jej maszyn. Po fantastycznym debiutanckim Lungs, bardziej podniosłym w tonie Ceremonials oraz ostatnim, obdarzonym nutą rockowego pazura How Big, How Blue, How Beautiful, brytyjski zespół powraca z albumem High As Hope. Tytuł ten znaczy mniej więcej „wielki jak nadzieje” i staje się tytułem dość przewrotnym w stosunku do tego, co faktycznie otrzymujemy od zespołu na płycie. Nadzieje były wielkie, jednak sam album High As Hope wielki nie jest. Co więcej, najsłabszy spośród tych, które Florence + the Machine zaprezentowali nam dotychczas. Nie byłoby jednak niczego nadzwyczaj piętnującego w byciu „najsłabszym” (biorąc szczególnie pod uwagę wcześniejsze, praktycznie niezmiennie bardzo dobre płytowe dokonania zespołu), gdyby nie wielkie rozczarowanie, jakie temu najsłabszemu albumowi towarzyszy. Rozczarowanie, które – pomimo upływu kolejnych dni – naprawdę ciężko jest wybaczyć.

To, jaka jest Florence, wiedzą wszyscy, którzy choć raz obcowali z jej występem na żywo – nieważne czy realnie, czy jedynie za pośrednictwem komputerowego ekranu. To postać, od której bije charyzma, wyjątkowość i przede wszystkim artystyczna nietuzinkowość, którą zaskarbiła sobie sympatię milionów fanów na całym świecie. Koncerty jej zespołu to prawdziwe muzyczne wydarzenia, na które miesiącami czeka się w ciągłym zniecierpliwieniu, odliczając kolejne dni do muzycznego spotkania, będącego już po fakcie spotkaniem niezapomnianym. Mając gdzieś cały czas w głowie ten zespół z trzech pierwszych płyt, nie mogę się odnaleźć na ich czwartym krążku. High As Hope wydaje się trochę wyzbyte z tej wyrazistości, a do twórczości Florence + the Machine – przez kilka pojedynczych utworów – wkrada się jakaś nieznośna nijakość. Nijakość, której nie potrafiłem sobie dotychczas w ich muzyce wyobrazić. Nijakość polegającą na tym, że posłucham jakiejś płyty i w momencie jej wyłączenia, praktycznie od razu o niej zapominam. Nijakość, której nie ratuje nawet unikatowy głos Florence, który jest tak charakterystyczny, że nawet gdyby Florence spróbowała swoich sił w zupełnie innym muzycznym gatunku, od razu wiedzielibyśmy, że to „ta” Florence. I w końcu – nijakość, która naprawdę męczy, mimo że High As Hope jest albumem koniec końców naprawdę niezłym.

Już dwa pierwsze single, które zespół zaprezentował, zapalały w mojej głowie ostrzegawczą lampkę i spowodowały, że trochę zacząłem się obawiać High As Hope. Pierwsze Sky Full Of Song rozbrzmiewało jako spokojna, dość bezpieczna ballada ze świetnym aranżem. Jego dopełnieniem bezsprzecznie był nieziemski głos Welch, który niejednokrotnie ratuje najnowszą płytę zespołu z opresji. Kolejny Hunger zauroczył mnie swoim tanecznym pazurem i komercyjnym potencjałem, który ukrył się w chwytliwym refrenie. Niechętnie jednak do niego wracałem. Było bardzo dobrze, ale ostatecznie brakowało w tej piosence muzycznej kropki nad „i”. Odnalazłem ją dopiero w miażdżącym Big God (z mistrzowskim, podkreślam, mistrzowskim teledyskiem), które stanowi jednocześnie najlepszą piosenkę na High As Hope. To utwór, z którego wręcz wylewają się emocje. Jakiś niepokojący mrok, który nie pozwala o tej piosence zapomnieć. Gdzieś z tyłu głowy słyszałem potężne Girl With One Eye z debiutanckiego Lungs, które w ogóle postrzegam jako najbardziej niedocenioną piosenkę Florence. Cieszę się więc tym bardziej, że Big God stało się singlem promującym album – singlem promującym płytę Flo od najlepszej możliwej strony.

Najlepszemu Big God po piętach depcze klimatyczna, mroczniejsza i nieco dynamiczniejsza Patricia, która w drugiej połowie brzmi niczym wyjęta z poprzedniego albumu zespołu. Niedużo gorzej słucha się 100 Years, które – szczególnie podczas momentu okrzyków Florence – będzie porywało wypełnione po brzegi hale na zbliżającej się trasie zespołu. Najbardziej zagadkową piosenką na High As Hope jest bezsprzecznie South London Forever, które czerpie całymi garściami z energii debiutanckiego Lungs, poważnie intrygując szczególnie na początku, by ostatecznie stać się najbardziej nijakim utworem na płycie (przy czym „pararapapa” chórku jest tak urocze, że aż ciężko na ten utwór narzekać). Podobnie jest trochę z otwierającym płytę June, którego najlepszym momentem jest ten, kiedy już przechodzi w Hunger, oraz Grace, które brzmi trochę jak „stara dobra Florence” z Ceremonials, a jednocześnie brak tej piosence mocy, której nie nadaje nawet potężny chór towarzyszący wokalistce tuż przy końcu. Zwieńczeniem – i jednocześnie definicją High As Hope – są The End of Love i No Choir, w których brakuje trochę Florence w Florence. Niby brzmi znajomo, ale jakby trochę inaczej. Niepokojąco inaczej.

To „inaczej” jest o tyle w przypadku czwartej płyty Florence + the Machine zaskakujące, że High As Hope czytam poniekąd jako wypadkową trzech ostatnich albumów zespołu. Nieprzypadkowo pojawiły się wcześniej liczne odniesienia do ich poprzednich dokonań, które sygnalizują, jak wiele zespół czerpie z tego, co stworzyli dotychczas. I nie ma w tym bynajmniej niczego złego. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy każdy z poprzednich albumów tworzy osobną, spójną całość. Całość, której znowu wciąż nie mogę się na High As Hope doszukać. Czwarty album Florence to najprawdopodobniej moje największe tegoroczne muzyczne rozczarowanie, ale nie wynika ono z faktu, że jest to płyta zła. Koniec końców jest naprawdę niezła. Tylko czy oczekujemy od Florence niezłych płyt? Wydaje mi się, że nie.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *