Przypadki chodzą po ludziach w IKEI – recenzja filmu „Niezwykła podróż Fakira” (2018)

Trochę rozumiem Fakira, który po przyjeździe do Paryża, czym prędzej udał się do IKEI. Gdy przed trzema laty przeprowadzałem się do Krakowa z mniejszej miejscowości, moim pierwszym celem był właśnie szwedzki sklep. Przyznam jednak, że powody owej destynacji mieliśmy zupełnie różne. Dla mnie to była zwykła frajda, podczas której nakupiłem świeczek i kolorowych pudełeczek. Dla niego – spełnienie jednego z marzeń. Doświadczenie niesamowitego luksusu, którego nie zaznał w jednej z dzielnic biedy Bombaju. Również zakończenia obu wypraw do IKEI były rożne. Kiedy ja wróciłem do nowo wynajętego mieszkania i delektowałem się wonią świec w towarzystwie ulubionych dźwięków, on postanowił przenocować w ikeowej szafie. Pech (a może szczęśliwy los?) tak chciał, że akurat ta szafa miała właśnie z tego sklepu wyjechać. I wyjechała. Razem z nim.

Od tego niefortunnego zdarzenia rozpoczyna się cała niezwykła przygoda Fakira, który – śledząc bacznie długaśny tytuł – utknął w szafie. A wszystko dlatego, że wiele lat temu obiecał sobie, że zabierze matkę do Paryża. Kiedy kobieta umiera, postanawia spełnić jej życzenie i za ukradzione pieniądze wyjeżdża wraz z jej prochami do francuskiej stolicy. Podróż momentalnie zamienia się w prawdziwą przygodę, na którą nikt, nawet Fakir będący prawdziwym mistrzem kombinowania, nie byłby przygotowany. Niezwykła podróż Fakira jest nadzwyczaj niezwykła. Rozszerza się na przeróżne kraje, a główny bohater staje twarzą w twarz z wymagającymi wyzwaniami i tajemniczymi ludźmi, którzy skorzy są do pomocy, ale też do „przeszkadzania”. Kreuje się wokół niej jakaś przeurocza aura nieprawdopodobieństwa, z której czerpie się całymi garściami z niesłabnącym uśmiechem na twarzy. Z niedowierzaniem śledzimy jego dalsze losy, świetnie się przy tym bawiąc i kibicując mu w dążeniu do wyznaczonych celów oraz – co chyba najważniejsze – odnalezienia siebie w tym całym wielkim świecie, z którego wielkości nie zdawał sobie do końca sprawy.

Niezwykła podróż Fakira, który utknął w szafie jest trochę taką baśnią na miarę XXI wieku, która porusza tematy uniwersalne, zahaczając również nieśmiało o kryzys migracyjny, wpływający na baśniowość filmu w sposób aktualizujący. Wątek uchodźczy ogranicza się jednak do minimalnego maksimum, w którym potencjalni migranci to również ludzie z marzeniami, podobnymi do marzeń Fakira‑turysty. Ich przedstawienie różni się od portretów, z którymi obcujemy na co dzień, i które chętnie są lansowane w szerokim obiegu. Sam film zaś jest przede wszystkim opowieścią o przypadku, sprowadzającym na nas kolejne zdarzenia, osoby czy niespodziewane uczucia. Przypadku, który płata nam niekiedy figle. Koniec końców, wszystko zależy jednak od nas. To my jesteśmy kowalami swojego losu i bez naszego działania nawet ten zaskakujący przypadek będzie miał nas kolokwialnie „gdzieś”. Między kolejnymi przypadkami przewija się miłość (podrywanie w IKEI to chyba najlepsza scena tego filmu), oczywiście ta od pierwszego wejrzenia, dążenie do celów, ciągłe działanie, spełnianie najskrytszych marzeń oraz najważniejsza w tych przypadkach wierność samemu sobie. Bycie sobą i – pod wpływem jakiś sukcesów – nie stawanie się kimś innym. Wszystko to Ken Scott podaje w sposób bardzo lekki i trzymający w napięciu jednocześnie, i choć zdarzają mu się potknięcia (jak musicalowa scena na komisariacie), to Niezwykłej podróży Fakira nie sposób nie polubić.

Kiedyś tak sobie myślałem, że zabawnie byłoby zamieszkać na jedną noc w IKEI. A jak jeszcze ostatnio zobaczyłem, że mają tam również ikeowe jedzenie, nocka tam stała się jednym z planów do zrealizowania. Teraz sam nie wiem, bo Niezwykła podróż Fakira jest swego rodzaju przestrogą dla każdego, kto wpadłby na pomysł przenocowania w IKEI. Kończąc jednak żarty, a już zupełnie na poważnie skupiając się na filmie, to idealna komedia na wakacje. Ciepła, zabawna i – w tym całym swoim nieprawdopodobieństwie – wyjątkowo wartościowa. Z niewinnie zapowiadającej się komedii, Niezwykła podróż Fakira wyrasta na komediowy must watch tegorocznych wakacji. I jest jeszcze Bérénice Bejo. Przepiękna Bérénice Bejo.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *