Fałdki są seksi – recenzja filmu „Jestem taka piękna!” (2018)

Pośród amerykańskich komedii, które nie grzeszą inteligentnym humorem i pomysłowością, są takie, które z przyjemnością stawiamy wśród swoich ulubionych i często do nich wracamy. To takie nasze filmowe grzeszki, z których spowiadać się nie musimy, bo „po co?” skoro każdy takowe posiada. Ja przykładowo upatrzyłem sobie Legalną blondynkę, która, nieważne jak byłoby źle, działa równie kojąco i wspaniale, a na widok Reese Witherspoon ociekającej w tym filmie różem od razu zaczynam eksponować swój niekontrolowany uśmiech. Tak to już jest. Tego typu filmem jest właśnie Jestem taka piękna! – najnowsza komedia z Amy Schumer w roli głównej – która w słodko‑gorzki sposób opowiada o tym, że wszyscy jesteśmy nadzwyczajni i wspaniali. Brzmi banalnie, no bo i banalnie jest, ale za to z jakim urokiem!

„If I was you, I wanna be me too” – śpiewa Meghan Trainor w swoim hicie, który pojawia się w filmie. To trochę jakby słowa głównej bohaterki, która będąc zakompleksioną dziewczyną, po tym jak uderza się w głowę podczas intensywnych ćwiczeń na siłowni, myśli, że wszystkie jej problemy zniknęły i jest piękną kobietą, której nie oprze się żaden facet. „Nowy wygląd” zmienia zupełnie jej podejście do życia. Jej pewność siebie wzrasta do tego stopnia, że nie tylko zaskakuje swoje najbliższe przyjaciółki, ale również – pomimo kilku kilogramów nadwyżki – otrzymuje pracę recepcjonistki w wielkiej firmie z branży kosmetycznej i – co chyba dla niej najważniejsze oraz najbardziej zaskakujące – w końcu poznaje mężczyznę, który miesza w jej życiu uczuciowym. Z całej tej historii, której humor oparty jest na jednej wielkiej pomyłce głównej bohaterki, zmieniającej jej życie całkowicie, płynie bardzo zgrabnie podany temat kompleksów i ich destrukcyjnego wpływu na „bycie” wielu ludzi. Kompleksów, które są tak zawstydzające, a niekiedy nawet zatrważające, że pod ich płaszczem kryje się prawdziwość i autentyczność danego człowieka, bojącego się pokazać siebie. Scenarzyści potrafią się obejść bez zbędnych cukierkowych momentów, a choć sam film jest nierówny, momentami nieco głupkowaty i czasami traci swoje tempo (szczególnie w drugiej połowie), pozostawia widza z bardzo pozytywną energią.

Do tego stopnia, że po wyjściu z sali kinowej, naprawdę na moment gdzieś te wszystkie nasze kompleksy znikają. Każdy kieruje się już w swoją stronę, ale jakby z wyżej podniesioną głową. Trochę tak, jakby wszyscy nagle poczuli się „cool girl”, o której śpiewa w filmie Tove Lo. I to jest chyba największy skarb tego filmu – może niezbyt wyszukana, ale jednak życiowa mądrość traktująca o wartości każdego z nas i przede wszystkim humor, z którym do tematu samoakceptacji bardzo zręcznie podchodzą (debiutujący w roli reżyserów!) twórcy. Śmiałem się po tym filmie, że moje fałdki na brzuchu pokochały ten film, a patrząc na nie, wiem, że jest to miłość wieeelka. Ja właściwie trochę też ten film pokochałem. I choć nie jest to komedia wyszukana i jakkolwiek zaskakująca, świetnie sprawdza się jako „poprawiacz humoru” i niezobowiązujący, ale miły odmóżdżacz.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *