Demony sławy – recenzja filmu „Whitney” (2018)

Ciężko znaleźć odpowiednie słowa, które pozwoliłyby rozpocząć jakąkolwiek dyskusję na temat filmu Whitney. Nie chodzi bowiem o sam dokument, zresztą bardzo dobry i pozostawiający szerokie pole do interpretacji sytuacji samej wokalistki, ale bardziej o nią samą – potężną ikonę, głos milionów ludzi na całym świecie, borykający się z problemami, z którymi nikt nie potrafił jej pomóc. To nie tylko pierwsza debiutantka, której singiel znalazł się na pierwszym miejscu amerykańskiego Billboardu (podobnie zresztą jak siedem kolejnych singli), czy autorka wielu ponadczasowych hitów, dzięki którym nazwisko Whitney Houston znane jest każdemu bez wyjątku, pomimo upływu kolejnych lat. To przede wszystkim cudowny, wyłamujący się wszelkim innym głosom, miażdżący wokal, który – jak zresztą podkreśla w dokumencie matka artystki – płynął nie tylko z głowy i „bebechów”, ale również z serca. Wokal, który skazał Houston na sławę i – przy okazji – na towarzyszące jej demony.

Kevin Macdonald – reżyser filmu Whitney – podczas pracy nad filmem stanął twarzą w twarz z historią zakłamaną, często bardzo udawaną, będącą swoistym produktem lat 80. i 90. ubiegłego wieku. W swoim filmie wcale nie próbuje tych zawiłości ukrywać. Odczuwa się tutaj pewną niekonsekwencję, wyrywkowość, która wydaje się dominować w szeroko pojętym mówieniu o wokalistce. Nie stara się też za wszelką cenę odpowiadać na pytania, na które odpowiedzi już chyba nigdy nie poznamy. Nie narzuca swojej reżyserskiej interpretacji i – co chyba najważniejsze – nie robi z życia Whitney Houston ani kolejnego filmowego skandalu, odkrywającego „nową prawdę” o artystce, ani odwrotnie – zbytecznej laurki dla wielkiego głosu. Whitney jest dokumentem wyważonym. Rosnącym w siłę im bliżej do kulminacyjnego momentu. Ewoluującym od pięknej opowieści o spełnionych marzeniach i trafieniu na szczyt, przez życiowy dramat, rozczarowanie osobistym pojęciem szczęścia i wyidealizowanymi nadziejami, po śmierć, która kilka lat temu wstrząsnęła całym światem i niemal podobnie wstrząsa teraz, podczas oglądania Whitney. Co warto dodać, śmierć ostateczną, która zabrała światu jeden z najpiękniejszych głosów wszech czasów. Po dokumencie Macdonalda chciałoby się jednak powiedzieć, że śmierć wspaniałej Whitney nastąpiła dużo wcześniej. Nie w momencie pierwszego sięgnięcia po narkotyki. Tym bardziej nie na skutek nieszczęśliwego małżeństwa czy pierwszych wizerunkowych porażek. Whitney umarła w momencie, kiedy po raz pierwszy się poddała. Kiedy zabiła w sobie „Nippy” – tę młodą dziewczynę, z potężnym urokiem i jeszcze potężniejszym głosem, która marzyła i o te marzenia walczyła. Przegrała trochę sama ze sobą. Pozorna siła przegrała ze słabością. Zaś jej marzenia i ideały z bezwzględną rzeczywistością, która bezlitośnie je zweryfikowała.

Kulturowa potęga Whitney Houston nieśmiało zostaje osadzona przez Macdonalda w trochę szerszym, społecznym kontekście. Niekiedy fenomen artystki przerywany jest wstawkami kolejnych zamieszek na terenie Stanów Zjednoczonych, twarzami tych najważniejszych, czy innych istotnych dla Ameryki wydarzeń. Sama Houston traktowana jest zaś jako głos czarnoskórej społeczności Ameryki, która darzyła ją jednocześnie miłością, jak i poniekąd nienawiścią. „Zbyt biała” artystycznie, spotykała się również z niemałym oporem z ich strony. Współcześnie to artystka, która przetarła mainstreamowe szlaki innym czarnoskórym, jak chociażby niesamowitej Beyoncé, będącej współcześnie głosem czarnoskórych (choć nie tylko) kobiet, który dość szeroko komentowany jest w dyskursie feministycznym. Whitney kreowała w końcu muzyczne trendy, osiągając kolosalne sukcesy nie tylko artystyczne, ale również komercyjne. To nie tylko jeden z najważniejszych głosów Ameryki wszech czasów, ale przede wszystkim wielka inspiracja wielu największych współczesnych głosów, które Houston wymieniają pośród potęg. Oglądając Whitney czuć filmowe obcowanie z kimś potężnym. Niemożliwym do podrobienia. Całkowicie unikatowym. Artystycznie perfekcyjnym w swojej życiowej niedoskonałości.

Najbardziej uderzyło mnie jednak zupełnie nowe odczytanie I Wanna Dance With Somebody, które z chwytliwej, tanecznej piosenki, stało się poniekąd piosenką o samym życiu Houston. Życiu, w którym faktycznie zabrakło tego „somebody”, który pomógłby jej w tym tańcu, pomimo bliskiego kontaktu z rodziną, wspaniałej córki i bliskiej, wyjątkowo ważnej swego czasu przyjaciółki. Przerywająca kilkukrotnie gwałtownie ciszę, pojawiającą się na początku i na końcu filmu piosenka, przerywa jednocześnie poczucie pustki, które w tych krótkich, ale bardzo mocnych momentach towarzyszy widzowi. To pustka, którą mogła odczuwać Whitney, zagubiona w swoim własnym życiu. Film zwieńcza jeden z największych hitów artystki – potężne I Have Nothing. Aż chciałoby się go nieco ironicznie sparafrazować i powiedzieć „She Has Nothing”, choć byłaby to ironia przez prawdziwe łzy i wzruszenie. Osobiście od wzruszenia uciec nie potrafiłem. Whitney to bardzo mocne przeżycie, bez względu na to, czy jesteście fanami Houston, czy też nie.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *