Dancing Queens – recenzja filmu „Mamma Mia: Here We Go Again!” (2018)

Po niebywałym sukcesie komercyjnym pierwszej części, aż dziesięć lat musieliśmy czekać na kontynuację musicalu Mamma Mia, który odświeżył najpopularniejsze przeboje szwedzkiej ABBY. W największych fanach rozbudził nadzieję ponownego przeżycia wspaniałej przygody z muzyką zespołu, zaś w tych bardziej sceptycznych wiarę, że z przyjściem nowego reżysera i po upływie dekady poprawi się też sama Mamma Mia. Pierwsza część była bowiem dawką kiczu przeze mnie nietolerowanego. Kiczu, który jest tym kiczem „przez przypadek”, nie kiczem w zamierzeniu. Tym bardziej więc jestem zaskoczony, że w drugiej części – o tytule Mamma Mia: Here We Go Again!, który podświadomie i bezwarunkowo podśpiewuję – czuć klasę, wdzięk i humorystyczną lekkość, która przeplata się z (nieco ckliwym niestety) dramatem.

Punkt wyjścia filmu jest jednak niepokojący. Otóż, nie wiadomo, co z Donną, która – dzięki wcielającej się w nią Meryl Streep – była największym napędem części pierwszej, a sama Streep jako ta rozśpiewana i uśmiechnięta babka była przeurocza (obok bezbłędnego Firtha, najjaśniejszy aktorski punkt przed dziesięcioma laty). Od początku nie wiemy więc co z tym, co kochaliśmy w Mamma Mia najbardziej, bez względu na to, czy sam film był filmem „naszym”, czy też nie. Kiedy na sali wybrzmiały westchnięcia rozczarowania, w których słyszałem też zmieszanie i zaskoczenie, szybko poznajemy Donnę sprzed prawie trzydziestu lat i wspaniałą Lily James, która od razu porwała wszystkich swoją świeżością i wdziękiem. Urok jaki ta młoda aktorka wniosła do części drugiej jest równy temu, który do części pierwszej wniosła Streep. I to chyba największy komplement, który można posłać w stronę James. W końcu młoda aktorka dorównała wielkiej Meryl, zapełniając po niej nieznośną lukę. Wraz z nią – młodą Donną – poznajemy (choć „poznajemy” to może zbyt duże słowo, bardziej rozbudowujemy naszą wiedzę z części pierwszej) losy zbuntowanej dziewczyny, szukającej swojego miejsca na Ziemi. Retrospekcje idą niespodziewanie w bardziej dramatyczną stronę i choć komediowy oraz rozrywkowy charakter nie zostaje jakkolwiek pogrzebany, druga część Mamma Mia może pochwalić się zaskakującym komediodramatowym wyważeniem.

Mamma Mia: Here We Go Again! nie jest już więc tym samym cukierkowym filmem, którym była część pierwsza. Doświadcza się w tym filmie dużo więcej niż tylko roztańczone ciała, ubrane w kolorowe stroje, idealnie komponujące się ze słoneczną grecką wyspą oraz komediowymi wstawkami, które działały w części pierwszej raz lepiej, raz gorzej. Między kolejnymi piosenkami ABBY (jak dobrze, że twórcy przestali bazować na największych szlagierach zespołu, na siłę poupychanych, by widz mógł sobie w trakcie filmu potupać do znanych rytmów) doświadczamy przede wszystkim wspaniałej miłości córki do matki, która nie tylko oddaje część swojego życia dla rodzicielki, podobnie jak kiedyś jej matka, która przed wieloma laty oddała całe swoje życie dla jedynej pociechy, ale przede wszystkim powtarza w pewnym sensie jej życie. Sophie bowiem żyje trochę życiem swojej matki. Tymi samymi marzeniami, które teraz stały się również jej marzeniami. Trwa na wyspie, która była świątynią Donny, miejscem niemal wymarzonym. Nie jest to jednak życie w sposób zawłaszczający życie cudze. To życie podporządkowane losowi, który układa trwanie Sophie podobnie do trwania Donny. Pokrywanie się tych obu historii jest w drugiej części Mamma Mia najpiękniejsze, najbardziej emocjonujące i chwytające maksymalnie za serducha. Również za to moje. Po pierwszej części zupełnie skostniałe.

Ciężko przejść obojętnie również obok wyborów castingowych młodych aktorów, którzy wcielają się w tych pokoleniowo starszych sprzed lat. To jak Hugh Skinner odtwarza młodego Harry’ego, bawiąc się jednocześnie angielskością starszego odpowiednika swojego bohatera i wcielającego się w niego Colina Firtha, jest najlepszą rzeczą, jaka film Mamma Mia: Here We Go Again! spotkała. Euforyczne przyjęcie części drugiej skutecznie hamuje jednak sztywny Pierce Brosnan (sorry, Pierce) i męskie partie musicalowe w ogóle, które w jednym momencie potrafią zniszczyć całe pozytywne wrażenie, jakie z minuty na minutę coraz mocniej wywiera na widzach Mamma Mia. Jest za to w prezencie Cher, która od pierwszego wyśpiewanego dźwięku wywołuje gęsią skórkę na ciele widza i jest wokalnie najmocniejszym punktem filmu (choć tego można się było spodziewać od samego początku).

Kończąc zaś dodam, że Mamma Mia: Here We Go Again! to coś więcej niż pierwsza część, która była bardziej okazją do posłuchania odtworzonych przebojów ABBY, z której wylewał się niesmaczny kicz, również wizualny. To idealny „wakacyjniak”, który Was wzruszy, i rozerwie, i trochę zasmuci, by potem trochę bardziej rozbawić. Do tego musicalowe choreografie, które jakby w części drugiej są ciekawsze i zrobione z większym rozmachem. A, i jeszcze Colin Firth w roli Rose DeWitt Bukater. To się rozumie samo przez się.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *