Czarno‑biała miłość – recenzja filmu „Zimna wojna” (2018)

Po wielkim sukcesie na Festiwalu Filmowym w Cannes, Zimna wojna trafiła do polskich kin i zachwyciła polską publiczność. Zachwytom nie ma końca, a w stosunku do poprzedniej Idy, nowy film Pawła Pawlikowskiego – już teraz nie tylko zdobywcy Oscara, ale również zdobywcy Złotej Palmy – okazał się w dodatku niemałym sukcesem komercyjnym. I ja osobiście chyba też się z tych zachwytów nie będę wyłamywał. Przecież Zimna wojna to kino, które swoją wizualnością ociera się o doskonałość. Piękne, dopracowane, wysmakowane. Opowiadające gdzieś między kolejnymi kadrami o przedziwnej, poszatkowanej miłości, którą uzupełnia czarna, niema pustka.

Ta poszatkowana miłość – pełna dziur, luk, momentów rozstania i separacji – połączyła dwójkę artystów. Zula to prosta dziewczyna, której udaje się zyskać sławę, mająca pasję do muzyki, wielki talent, charyzmę i zacięcie, stawiające ją ponad innymi. Wiktor zaś to prawdziwy wirtuoz. Muzyk, który nie tylko rozumie muzykę, ale również mechanizmy, które rządzą muzycznym światem. To właśnie ta druga „ona” – muzyka – przyczynia się do tego, że drogi dwójki stworzonych dla siebie ludzi rozchodzą się i później ponownie się plączą, by raz jeszcze się rozejść. Zimna wojna jest więc obrazem miłości niemożliwej. Jej niemożliwość wynika z nostalgii, migracji, nieodpowiednich decyzji, tchórzostwa, ale również różnego spojrzenia na obraną przez siebie artystyczną drogę. Bo oprócz tego, że Zula i Wiktor są ludźmi, są przede wszystkim artystami. W dodatku, artystami, którzy podejmują ze sobą dialog i decydują się na wspólne działanie, nie rozumiejąc wzajemnie swoich twórczych interesów. Ich relacja, pełna oddania i gotowości na poświęcenie się drugiemu człowiekowi, jest jednocześnie ciągiem kolejnych błędów oraz emocjonalnych, wręcz artystycznych i bardzo spontanicznych uniesień. To historia wielkiej miłości, w dodatku opowiedziana w wielki sposób.

Pawlikowski pozwala sobie w Zimnej wojnie na bardzo wiele. Niby tworzy dość podobny, bardzo kameralny klimat, którym zachwycał już w oscarowej Idzie, ponownie zamykając swoich bohaterów w wąskim kadrze i czarno-białej tonacji (przeczuwam, że Łukasz Żal będzie się cieszył w przyszłym roku z kolejnej nominacji do Oscara), ale odważa się czerpać z klisz i formalnych rozwiązań, na które raczej współcześnie nikt sobie nie pozwala. Od wcześniej wspomnianego poucinanego montażu, gdzie kolejne lata i kolejne spotkania są porozdzielane przez zupełnie puste, wyciszone wstawki (warto dodać, że jeszcze bardziej spowalniające tę historię i przy okazji nadające większego pola do interpretacji), po najbardziej kiczowate rozwiązania melodramatyczne, jak chociażby wracająca Zula do Wiktora i rzucająca się w jego objęcia po rozstaniu, które nastąpiło kilka chwil (a właściwie kroków) wcześniej. Jednak im wolniej u Pawlikowskiego, tym jakby coraz lepiej. Jeszcze bardziej kontemplacyjnie. Jeszcze wybitniej. Jeszcze piękniej. Jeszcze…

W tej estetycznej wspaniałości zamknięci są aktorzy – Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc oraz – ponownie współpracująca z Pawlikowskim – Agata Kulesza. Prasa po premierze w Cannes rozpływała się nad kreacją tej pierwszej, porównując ją do ikon francuskiego kina i nazywając ją europejską Jennifer Lawrence. Nic dziwnego. Kulig kreuje tutaj najlepszą rolę w dotychczasowej karierze, a już na pewno najlepszą od czasu Sponsoringu Szumowskiej. Pawlikowski wyciąga to, co aktorsko w niej najlepsze, a Żal, portretując jej bohaterkę wizualnie, prezentuje ją w sposób nadzwyczaj nietuzinkowy. Partnerujący jej Tomasz Kot delikatnie pozostaje w cieniu wyeksponowanej i porażająco charyzmatycznej Kulig. Nie ma w tym jednak niczego złego, a wręcz wynika to trochę z ekspresji postaci – ich różności oraz czerpania jakby z dwóch zupełnie skrajnych rejestrów. Kot – na polu aktorskim – jest więc w Zimnej wojnie trochę jak jego filmowy bohater, który momentami pozostaje w tyle za Zulą i choć bardzo się niekiedy stara, nie jest w stanie jej dogonić. A czasami nawet wręcz ustępuje jej miejsca, niczym aktor‑gentelman.

Pisząc o Zimnej wojnie, ciężko uniknąć starcia pomiędzy nowym filmem Pawlikowskiego a oscarową Idą. Owszem, to dwa zupełnie różne filmy. Wizualnie niby bardzo podobne, ale owe podobieństwo wydaje się niekiedy podobieństwem bardzo złudnym. Zimna wojna to przede wszystkim dużo śpiewu, muzyki, tańca, ekstremalnie wspaniałego prezentowania polskiego folkloru (nawet nie wyobrażałem sobie, jak dużo filmowego potencjału tkwi w naszych tańcach narodowych i towarzyszącej im całej oprawie) i mnóstwo klasy, również tej „zachodniej”, Francji i Niemiec lat 50. Ida pod tym względem była znacznie skromniejsza (i według mnie mimo wszystko troszeczkę lepsza). Kończąc Zimną wojnę czujemy nie tylko przytłaczający smutek i emocjonalne zmęczenie. Czujemy też w garści kolejną nominację do Oscara. I tej nominacji, a nawet statuetki, Pawlikowskiemu życzę. Z całego serca.

SPOILER: Najważniejsze w Zimnej wojnie jest jednak to, co wydarza się na samym końcu filmu. Wspaniałe domknięcie miłości poprzez niesamowitą scenę samobójstwa. Domknięcie, które spowoduje, że już nigdy drogi bohaterów się nie rozejdą. Pawlikowski po raz kolejny miażdży zakończeniem, mocnym w wyrazie i jednocześnie lekkim w przedstawieniu, niczym ten symboliczny wiatr, który pojawia się na łące, kiedy Zula i Wiktor przechodzą na drugą stronę. A już myślałem, że po scenie samobójstwa Wandy z Idy nie da się lepiej. A jednak. Miazga. Kiedy opowiadam o tej scenie, autentycznie łamie mi się głos.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *