Oczyszczenie – recenzja płyty „R.O.S.E.” Jessie J

Po świetnym debiutanckim Who You Are, na drugim albumie śpiewała „I’m a red and fragile rose / Won’t grow in the dark alone”. Niestety, zarówno na Alive, jak i na Sweet Talker, z którego pochodzi chyba największy komercyjny hit artystki Bang Bang, Jessie J nie znalazła światła, które pozwoliłoby jej, jako róży, rozkwitnąć. Choć – jak zwykle – artystka zachwycała swoim wokalem, obie płyty, nagrane zresztą z roku na rok, brzmiały momentami jak nieudolne próby utrzymania się na szczycie. Gdzieś po drodze zgubiła się w tym wszystkim sama Jessie, zachwycająca na swoim debiucie autentycznością, której tak bardzo brakowało na kolejnych albumach (a już szczególnie na silącym się na sukces komercyjny Sweet Talker). Po czterech latach otrzymujemy od Jessie J R.O.S.E. – album zdecydowanie inny, w którym artystka porzuca popowe i electropopowe brzmienie na rzecz r&b oraz soulu, wkraczając tym samym na zupełnie inny poziom muzyki. W tym przypadku mamy jednak do czynienia nie tylko z ewolucją artystyczną, ale również z ewolucją kobiecości.

Te nasycone powagą słowa nie dotyczą oczywiście kobiecości w pojęciu abstrakcyjnym, a odnoszą się bezpośrednio do samej Jessie J. Na R.O.S.E. zderzają się wszystkie dotychczasowe wizerunki artystki, z których wyrasta właśnie ta tytułowa róża – piękny muzyczny kwiat, samoświadomy i przede wszystkim prawdziwy, któremu wciąż zdarza się artystycznie potykać, ale jeżeli nawet się potyka, to robi to z niesamowitą klasą. Czuć na tej płycie obnażenie. Czasami aż nieco zawstydzającą i niepokojącą jednocześnie intymność. Czuć przede wszystkim silną i wyrazistą kobiecość, która dojrzewała w Jessie J przez te wszystkie lata. Objawiła się ona zresztą nie tylko w osobistych tekstach, ale przede wszystkim w teledyskach do Think About That i Queen, które mocno skupiają się wokół cielesności. Są zupełnie rożne. Pierwszy to czarno‑biały, bardzo drapieżny i emanujący erotyzmem teledysk o spętaniu i zatrzymaniu. Drugi natomiast, promujący czwarty album artystki, to pełen klasy obraz o unikatowej wartości każdego człowieka, bez względu na wygląd.

Oprócz Think About That (dziesiąte miejsce w rankingu najlepszych singli 2017 roku) i Queen (słowa „I love my body, I love my skin / I am a goddess, I am a queen” rozbrzmiewają w mojej głowie odkąd utwór ujrzał światło dzienne), przed premierą R.O.S.E. usłyszeliśmy jeszcze dwa inne single – retro r&b Real Deal oraz kameralne i genialnie zaśpiewane Not My Ex. Fantastyczna czwórka zapowiadająca czwarty album Jessie J dawała raczej rozmyty obraz tego, czego możemy się spodziewać po najnowszym krążku artystki. Owa czwórka przełożyła się ostatecznie na cztery EP-ki, z których złożyła się R.O.S.E.Realistaions, Obsessions, Sex i Empowerment. Każda z nich brzmi nieco inaczej. Kiedy w Realistations dominuje przeszywający bit, na Empowerment dużo łatwiej znaleźć brzmienia instrumentów. W całość zbiera je jednak znakomity wokal Jessie J, do którego przyzwyczaiła nas już na poprzednich płytach (szczególnie w świetnym Someone’s Lady), oraz wyczuwana prawda, przewijająca się w każdym tekście. Ta prawda łączy się też z zadowoleniem, które wybrzmiewa nie tylko na płycie, ale również w pozamuzycznym głosie artystki, chociażby w mediach społecznościowych. Może tak, jak R.O.S.E. jest gatunkową zmianą dla artystki, jest również dla niej artystycznym oczyszczeniem?

Pomimo niewielu słabych momentów na R.O.S.E. (może jedynie banalne konstrukcyjnie Play), bez większych trudności mogę wybrać najlepszy utwór na albumie. Mowa o Easy On Me, którego na swojej zbliżającej się debiutanckiej płycie nie powstydziłaby się Jorja Smith. Potężny w refrenach wokal kontrastuje z delikatniejszymi zwrotkami. W outro utwór zwieńczają słowa dziadka Jessie, pochodzące z wideo, które artystka otrzymała od niego dzień przed jego śmiercią. Przypomina to trochę rozmowę pomiędzy dwoma światami – pomiędzy oddalonym gdzieś daleko, pełnym zakłóceń głosem dziadka i odpowiadającą mu na płycie wnuczką. Obok obnażającego emocje Easy On Me, otrzymujemy nieco wyzywające muzycznie Petty oraz przesycone głębokim bitem Dopamine. Ciekawie prezentuje się również Dangerous, w którym słychać inspirację twórczością Michaela Jacksona oraz wszystkich innych Wielkich, zakorzenionych w twórczości Króla Popu. Gdzieś między tymi utworami słyszymy intrygujące refrenem One Night Lover, musicalowe Glory, wspaniale zaśpiewane i genialnie współpracujące z delikatnym basem Someone’s Lady, o którym wspominałem już wcześniej, oraz potężny, otwierający album interlude Oh Lord.

Czy R.O.S.E. to najlepszy album w karierze artystki? Bezsprzecznie najdojrzalszy. Jeszcze bardziej prywatny i osobisty niż debiut. Pełen ujmującej intymności i osobowości artystki, która w ramach r&b i soulu zyskała niemal drugie, zupełnie nowe muzyczne życie. To przede wszystkim album, który brzmieniowo postawić można wyżej od każdego z jej dotychczasowych krążków, choć tak naprawdę w tym brzmieniu nie ma niczego odkrywczego. Przecież Jessie J (we współpracy z DJ Camperem) bardzo świadomie romansuje z poprzednią dekadą, która jeżeli nie objawia się bezpośrednio w piosenkach, to pokazuje się od czasu do czasu gdzieś pomiędzy poszczególnymi dźwiękami (przykładowo w świetnym singlowym Queen). To dobra zmiana dla artystki. To przede wszystkim naprawdę dobra płyta. Trochę spóźniona, ale pęd za trendami nie ma na R.O.S.E.najmniejszego znaczenia.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *