Melancholijna autentyczność – recenzja płyty „Vol. 1” The Venus Project

Znany fanom bardziej alternatywnego electropopu, nowozelandzki duet Broods na moment ewoluował w dwa osobne projekty. Caleb zajął się muzyką elektroniczną i wydał niezbyt odkrywczy singiel, zaś jego siostra – ukrywająca się pod niezwykle ciekawie brzmiącym The Venus Project – wydała całą płytę. Od jej premiery, która odbyła się w Dzień Kobiet, mija już prawie miesiąc. Przez ten czas Vol. 1 dojrzewało w mojej głowie, rozbrzmiewało w melancholijne wieczory i wprawiało mnie w depresyjne nastroje, jakich sam bym się po sobie nie spodziewał. Dojrzało do tego stopnia, by powiedzieć, że debiutanckie Vol. 1 The Venus Project to jedna z najważniejszych płyt tego roku.

Po wcześniejszych wspólnych dokonaniach Caleba i Georgii, nie śmiałem nawet przypuszczać, że otrzymam od tego nietuzinkowego kobiecego głosu płytę tak kameralną. Broods najczęściej zarzucałem brzmieniową niewyrazistość, ale praktycznie za każdym razem mieliśmy do czynienia z nieco spokojniejszą bądź bardziej taneczną i drapieżną elektroniką. Georgia w swoim The Venus Project odstawia elektronikę na bok, i choć na Vol. 1 znajduję dla niej trochę miejsca, ta płyta to przede wszystkim gitarowe spotkanie z osobistymi tekstami i nadzwyczaj intymnym klimatem, który wytwarza wokół tej płyty unikatową aurę jednostkowego spotkania. Bo Vol. 1 słucha się najlepiej, gdy siedzimy samotnie w pokoju pod ciepłym i przyjemnym kocem, ze zgaszonym światłem, zaświeconymi lampkami i zapalonymi świeczkami. Wówczas, gdy odizolowujemy się od świata zewnętrznego i wchodzimy głębiej w nasz świat wewnętrzny. W tej muzycznej prostocie, od której wręcz bije prawda, balansujemy pomiędzy zafascynowaniem, powoli przerastającym nas smutkiem oraz zaangażowaniem w to, o czym na Vol. 1 śpiewa Georgia.

A śpiewa o rzeczach codziennych – o miłości, relacjach, mężczyznach, wolności, wplatając w muzykę niekiedy przejmujące rozmowy telefoniczne, nadające całości jeszcze mocniej odczuwalnej emocjonalności (zabijające mnie za każdym razem nagranie kończące chyba najlepsze na tej płycie Go Easy/Hey Love – Part 1 to najsilniejszy cios na albumie). Robi to jednak w sposób tak piękny, że chciałoby się aż użyć stwierdzenia, że unikatowy, choć faktycznie w tym, co robi The Venus Project, nie ma niczego unikatowego. Może oprócz mistrzowskiego trafiania w sedno, do czego Georgia nie potrzebuje żadnych specjalnych środków, oprócz swojego głosu, przeszywającej prawdy i melancholii, która wypływa z każdego pojedynczego dźwięku na tej płycie. W ogóle melancholia, przygnębienie czy nawet najprostszy smutek to odczucia, które są definicją tej płyty. Nieważne, czy nawet w dźwiękach pojawia się jakaś nuta nadziei, czy sama Georgia nieco spuszcza z tonu. To płyta, która mnie szczerze poruszyła. Dogłębnie.

Każdy poszczególny utwór zamknięty na Vol. 1 składa się na to niezwykłe muzyczne dzieło, ale – co w tym wszystkim wydaje się najważniejsze – piosenki wyciągnięte z kontekstu samego albumu, w ogóle nie tracą na sile. Czy to rosnące z każdą minutą Need a Man, miażdżące tekstem, czy to Numb, niepokojące subtelną brzmieniową mrocznością – każdy utwór działa na swój własny sposób, a ich wspólnymi mianownikami są jedynie wcześniej wspomniane melancholia czy smutek. Zaskakujący w obliczu całości jest wybór singla zwiastującego, którym stało się ostatecznie zdecydowanie najlżejsze i emocjonalnie najspokojniejsze Won’t Hurt, w ogóle nie zwiastujące aż tak bardzo intensywnego albumu. Stąd może też ta niespodzianka. Bardzo pozytywne zaskoczenie pośród tych niechcianych emocji, które Vol. 1 w nas wywołuje. Choć słuchając tę płytę już się trochę do nich przyzwyczaiłem. A może i nawet je polubiłem?

Skoro The Venus Project swoją debiutancką płytę zatytułowało Vol. 1, spodziewam się, że za jakiś czas zaskoczy nas kolejnym albumem, być może właśnie zatytułowanym Vol. 2. Sam jeszcze nie wiem, czy już teraz jestem na niego gotowy, choć gdzieś podświadomie żądam całym sobą tak autentycznej i – w tej całej swojej prostocie – chwytającej za serce muzyki. Bo – pozwolę sobie na koniec na małe powtórzenie – Vol. 1 The Venus Project szczerze mnie poruszyło. Przypomniało mi o tym niekomfortowym uczuciu, kiedy muzyka faktycznie wywołuje wzruszenie, robiąc słuchaczowi jednocześnie dobrze i wyjątkowo źle. Chociażby dlatego już teraz nazwę tę płytę jednym z najważniejszych albumów tego roku, a sama Georgia postawiła poprzeczkę bardzo wysoko i obawiam się, że żaden inny artysta może jej w tym roku nie przeskoczyć.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *