Jaśniejsza strona Greya – recenzja filmu „Nowe oblicze Greya” (2018)

To już jest koniec. Po trzech walentynkowych spotkaniach z Christianem i Anastasią, żegnamy się z kasową serią. Serią, którą pojedyncze jednostki lubią, ale raczej powszechnie się jej nienawidzi. Powodów jest wiele. Bo głupiutka. Bo kiepściutko napisana. Bo już na poziomie samego konceptu, pozbawiona nawet dozy wiarygodności. W jaki sposób objawiono nam nowe oblicze Christiana? Lepszy niż mogliśmy się tego spodziewać?

Pamiętam szok i niedowierzanie, kiedy ujawniłem się z wyznaniem, że Pięćdziesiąt twarzy Greya naprawdę mi się podobało. Zdawałem sobie sprawę ze wszelkich niedociągnięć, braków fabularnych, momentami do bólu głupiej historii i wielu, wielu innych rzeczy, które w części pierwszej się nie udały. Dałem się jednak porwać temu filmowi, na którym przede wszystkim świetnie się bawiłem, a w dodatku naoglądałem się mnóstwo przepięknych wnętrz, doznałem w pierwszym rzędzie przeszywającego wzroku Dornana i posłuchałem dużo, naprawdę dużo dobrej muzyki. I choć po trzech kolejnych seansach – nieco masochistycznych – Pięćdziesięciu twarzy Greya, kinowy czar tego filmu prysł (bo bardziej był to właśnie kinowy czar niż czar samego filmu), to myślę o nim z malutkim sentymentem. Druga część, ta ciemniejsza, przyniosła kompletne rozczarowanie – nie było żadnego czaru. Już nawet wnętrza nie robiły takiego wrażenia, a soundtrack był jednym z największych rozczarowań muzycznych owego roku. Anastasia wyrosła na jedną z najgłupszych postaci filmowych, jakie miałem nieprzyjemność zobaczyć na ekranie, a Christian… właściwie to tylko sobie na tym ekranie był. Pewnie zastanawiacie się, czego ja się spodziewałem? Ano, zawsze mam nadzieje, nawet w przypadku Greya.

I teraz też tę nadzieję miałem. Myślałem, że aż tak źle, jak w części środkowej być nie może i ku mojej uciesze tak źle nie było. Ale broń Boże – nie było też dobrze. W Nowym obliczu Greya Christian i Anastasia są już małżeństwem. Christian staje się trochę bardziej czuły, ale wciąż w głębi jest tym samym Christianem – zaborczym, zazdrosnym, apodyktycznym, nie potrafiącym się dzielić Anastasią z innymi. W cieniu ich miłości, pojawia się jednak niebezpieczny mężczyzna, który chce zaburzyć spokój w małżeństwie tej dwójki. Anastasia jest wciąż tą samą głupiutką Anastasią, którą znielubiliśmy bardzo w części poprzedniej. Trochę bardziej upartą i stawiającą na swoim, ale w tej swojej stanowczości trochę żałosną (poważna konfrontacja słowna z Gią chociażby). Jednak nareszcie w tej części pojawiła się chemia pomiędzy bohaterami (aż chciałoby się rzec, że lepiej późno niż wcale). Nie jest jej zbyt dużo, to wciąż pojedyncze nutki, małe iskierki, sceny, które można by było policzyć na palcach u jednej ręki. Warto podkreślić jednak to, że po tak długim czasie, wreszcie udało się uzyskać w malusieńkim stopniu rzecz, o którą od początku w tej serii chodziło najbardziej, a której w ogóle w niej nie było – małe erotyczne napięcie.

Nie chcę się skupiać na tym, co w Nowym obliczu Greya się nie udało – to wciąż ten sam naiwny film, w którym Anastasia okazuje się zawodowym kierowcą, prowadząc samochód lepiej niż zwycięzca Rajdu Dakar, a działania Christiana wobec ochrony swojej rodziny są co najmniej irracjonalne (podobnie jak poszukiwania Anastasii w lodówce). Warto jednak powiedzieć o tym, co faktycznie twórcom wyszło. Jest w tym filmie jeden moment, który wywołuje na twarzy widza szczery uśmiech i jest to zgryźliwa odsłona Anastasii w kontakcie z ledwo trzymającym się na nogach Christianem, która spowodowała, że przez kilka minut nawet da się ją lubić. Trzeba przyznać również twórcom, że choć sposób prowadzenia przez nich wątku kryminalnego oraz jego ostateczne rozwiązanie pozostawiają wiele do życzenia, to czuć w tym zakończeniu całkiem szybkie tempo i delikatne napięcie. Bo od początku do ostatnich kilku minut czułem się jak na jednym z najcięższych seansów w moim życiu. Oglądałem przeraźliwie nudny film, wpisujący się w schemat rozmowa, piosenka, rozmowa, piosenka, rozmowa, seks i jemu towarzysząca piosenka. Na te ostatnie kilka minut, Nowe oblicze Greya zamienia się w ciekawe, choć niepoprawnie rozwiązane kino.

Tradycyjnie do trzeciej części Greya otrzymaliśmy soundtrack, na którym znaleźliśmy piosenki, jakich brakowało w części poprzedniej. Od coveru Never Tear Us Apart fenomenalnej Bishop Briggs, które równie dobrze mogłoby się pojawić w czołówce Bonda, przez High od Duy Lipy i Whethana, cover I Got You w wykonaniu Jessie J, po Black Atlass, Jessie Reyez i Julię Michaels oraz jej Heaven. Szkoda, że bijąca z soundtracku pociągająca erotyczność nie przekłada się na erotyczny magnetyzm filmu, a potencjał każdej z wymienionych wyżej piosenek został w filmie zaprzepaszczony (miałem jedynie ciarki podczas piosenki Jessie J, ale to raczej kwestia głosu wokalistki). Zapomnijmy więc o tym filmie (albo i o całej serii), przepełnionym niewiarygodnością i naiwnością, ale pamiętajmy o dobrej muzyce (no, i o wzroku Dornana też możecie!). Tak będzie lepiej dla nas i dla trylogii Greya. Bye Sir.

SPOJLER.
Do tego wykreowanego sztucznego świata, gdzie główni bohaterowie są piękni i bogaci i wszystko jest cudowne, tak bardzo nie pasowało mi to dziecko. Takie zwykłe w tym ich pseudo niezwykłym świecie. A jak usłyszałem na koniec znowu Love Me Like You Do Ellie Goulding to zrobiło mi się muzycznie gorzej. Tyle świetnych numerów na nowym soundtracku, a tu taki odgrzewany hit.

 

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *