(bez)Silna babka – recenzja filmu „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri” (2017)

Po zdobyciu czterech Złotych Globów, w tym w najważniejszej kategorii najlepszego dramatu, pokazywane na Festiwalu w Wenecji Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri wyrosły na oscarowego faworyta. W liczbie nominacji wyprzedza je jednak Kształt wody, z którym w walce o Złotego Lwa dla najlepszego filmu Festiwalu „Billboardy” poniosły porażkę. W oscarowej rywalizacji zwycięstwo – może trochę w formie nagrodowego rewanżu – może odnieść jednak Martin McDonagh (twórca filmów Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i 7 psychopatów), który w niemal bezbłędny sposób opowiada o kobiecym nieszczęściu i determinacji.

Siedem miesięcy przed tym, kiedy poznajemy Mildred Haynes, jej córka zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana. Kobietę dobija bezradność miejscowej policji. Oskarża ją o niespełnianie swoich obowiązków i poddanie się w sprawie schwytania mordercy. By zwrócić uwagę na temat zabójstwa swojej córki, który wydaje się już trochę zapomniany, postanawia wykupić trzy billboardy, które nie tylko skupią wzrok miejscowych ludzi na nierozwikłanej sprawie morderstwa, ale zaznaczą bezczynność policji i przewodzącego jej szeryfa Willoughby’ego. Billboardy to kwestia, którą można różnie interpretować. Przede wszystkim jest to sygnał, który Mildred Haynes wysyła w stronę szeryfa i bezradnej policji. Sygnał bardzo brutalny w słowach. Uderzający krwistą czerwienią, w której wręcz topią się czarne litery, wyrażające pretensję i ból. Sygnał od cierpiącej matki. Nieuśmiechającej się kobiety. Zgorzkniałej. Zamkniętej w swoim świecie, zdominowanym przez życiową gorycz, trudności, ale też poczucie winy. Są też wyrazem życiowej niemocy, bo choć Mildred wydaje się silną babką, która twardo stąpa po gruncie i niby radzi sobie z życiowymi trudnościami, to tak naprawdę znajduje się w życiowym dołku. Stres sprawia, że jest porywcza. Nie potrafi rozmawiać z dojrzewającym synem i mimo że dostrzega się próby porozumienia, to w kontaktach między nimi na pierwszy plan wysuwa się nieporadność i będące jej skutkiem odpuszczenie kolejnych prób kontatku. Billboardy dają Mildred nadzieję, której przecież w końcu tak bardzo w swoim życiu potrzebuje. Sprowadzają na nią również niespodziewanych wrogów. I nowych podejrzanych.

Billboardy są efektem poczucia winy i bezradności. Nie chodzi jednak o bezsilność policji, a bardziej o bezradność samej Mildred – niemoc w schwytaniu sprawcy lub sprawców zbrodni, która uwiera ją szczególnie mocno ze względu na jej poglądową radykalność (choć wydaje się, że ostatecznie wcale jej tak bardzo nie zależy na zemście, a bardziej na trochę uszlachetniającej ją sprawiedliwości). Przypomina to nieco takie zrzucenie poczucia winy ze swojej osoby na inną. Dla Mildred zapewne przerzucenie ludzkiego wzroku (którego tak naprawdę nie ma, a główna bohaterka sama zrzuca na siebie ten wzrok) z jej bezsilności na bezsilność kogoś innego. Billboardy więc, oprócz tej funkcji skandalizującej i prowokującej, pełnią przede wszystkim funkcje katartyczną – oczyszczenia siebie z odczuwania winy, obwiniania się za coś, na co tak naprawdę nie miało się bezpośredniego wpływu.

W tym tragicznym obrazie kobiety bezradnej wobec wydarzeń, które zmieniły jej życie, McDonagh serwuje nam niemałą dawkę czarnego humoru (obecność takiej postaci jak młodziutka Penelope to jedna z najlepszych rzeczy, jaka spotkała ten film). Reżyser trwa ciągle w dość konsekwentnej stylistyce, która wstrząsa i porusza, a jednocześnie od czasu do czasu autentycznie bawi. W jej obliczu niedosyt pozostawiło po sobie jedynie zakończenie – urwane, gwałtowne, „the end” rzucone widzowi mimochodem, pogłębiające beznadzieję sytuacji Mildred, ale również wprowadzające do filmu nieznośną niewiadomą, której za wszelką cenę chciałem uniknąć. I niestety się nie udało, bo McDonagh na koniec bezlitośnie mi ją zaserwował.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to znakomite aktorstwo. Wiele wskazuje na to, że w tym roku Frances McDormand zgarnie sprzed nosa Oscara znakomitej Sally Hawkins oraz młodziutkiej Saoirse Ronan i dołoży do swojej kolekcji drugą już złotą statuetkę. To kreacja balansująca pomiędzy emocjonalnym chłodem i rozchwianiem. Mildred nie jest ani zdystansowana i zimna, bo szczerze jej współczujemy i kibicujemy w walce, ale nie jest też przesadnie wylewna i egzaltowana. McDormand nie szarżuje – uwydatnia jedynie stanowczość i jednoczesną bezsilność swojej bohaterki. To rola wszelkich sprzeczności. Natomiast Woody Harrelson oraz Sam Rockwell – obaj nominowani do Oscara – to relacja policyjnego guru i nieudolnego ucznia, który staje się później odbiciem swojego mistrza. Dwie genialne aktorskie kreacje, spośród których nie sposób wybrać tej lepszej. Ciekawe, jak rozwiąże to Akademia!

Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri to film kompletny, który okazał się fenomenalnym portretem ludzkiego cierpienia, życiowej nieporadności i winy, przerzucanej z jednej osoby na drugą. Zupełnie poważnie rzecz ujmując, pomimo oscarowej dominacji Kształtu wody i Dunkierki, to właśnie Billboardy mogą okazać się największym tegorocznym zwycięzcą na tej najważniejszej filmowej gali. Nie tylko za portrety. Nie tylko za aktorstwo. Ale przede wszystkim za sprzeczne emocje, które towarzyszą widzowi od początku do prawie samego końca. Gdyby nie to zakończenie, być może nazwałbym Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri kinem doskonałym.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *