Wisielczy humor – recenzja serialu „The End of the F***ing World” (2017)

Kiedy włącza się pierwszy odcinek serialu The End of the F***ing World, dochodzi do zderzenia z antypatycznymi bohaterami oraz ohydnym światem, w którym twórcy ewidentnie skupiają się na jego niedoskonałościach. Najbardziej zaskakujący jest w tym serialu jeden moment. Chwila, w której zaczynamy odnajdywać się w tej ludzkiej antypatyczności, ciągłych przekleństwach błąkających się gdzieś w głowie i w tym paskudnym współczesnym świecie, który niby coraz łatwiejszy i doskonalszy, ma się nijak do naszego rozumienia doskonałości.

Główni bohaterowie The End of the F***ing World są równie f***ing, co ten tytułowy world. Broń Boże (choć czy warto powoływać się na Boga w kontekście tak bezdusznego serialu?), nie ma w tym niczego złego, a oni choć skrajnie dziwni, są w tej swojej odmieńczości przesympatyczni. Ich emocjonalne rozchwianie, brak zrównoważenia, mają dość duże odbicie w samym serialu, balansującym między kiczowatym romansidłem, wulgarnym i wyzywającym kryminałem, a kinem drogi. Kolejne „kurwy” przeplatają się z ciepłymi słówkami, kiepskie perspektywy z nadziejami, a traumatyczne wspomnienia z chłodnymi przemyśleniami o świecie, które sprowadzają się do tego ukrytego w tytule „f***ing world”. W ogóle słowa „f***ing world” są w zasadzie kwintesencją serialu, w którym bohaterowie cierpią na beznadziejność życia oraz ciągłe zirytowanie wszystkim i wszystkimi. I choć podczas ośmiu odcinków psychopatyczni główni bohaterowie odszukują w sobie emocjonalność i nutę człowieka, to dwoje ludzi nie jest w stanie zmienić całego świata.

W serialu najzabawniejsze są jednak te momenty, kiedy faktycznie dostajemy mocno po twarzy, a są to najczęściej retrospekcje, w szczególności spojrzenia w przeszłość i dzieciństwo Jamesa. Te retrospekcje, obrazujące najczęściej podłość życia, czy życiową niesprawiedliwość, podane są w sposób tak kuriozalny, że aż bawiący (scena samobójstwa niby mocna w sposobie przedstawienia, w obliczu całej konwencji serialu, wzbudza w człowieku wzrok politowania i nieco sarkastyczne „chlip chlip”). Łatka „psychopaty”, którą już w pierwszym odcinku James samodzielnie sobie przyczepia, objawia się szczególnie w Jamesie z dzieciństwa – w chłopcu z demonicznym wzrokiem o równo ściętych czarnych włosach, z przesadnie okrągłą i bladą twarzą, sprawiającą wrażenie, że nie do końca mamy do czynienia z dzieckiem, a jakimś lepiej wyrobionym, uwspółcześnionym potomkiem Frankensteina. The End of F***ing World fajnie wpisuje się we współczesną tendencję młodzieży do wisielczego humoru, z cyklu „i tak wszyscy umrzemy”. W tym całym humorze kryje się kilka mądrych stwierdzeń na temat naszego życia. Bo każdy człowiek jest na swój sposób brudny. Bo nigdy nie wiadomo, kto jaką tak naprawdę jest osobą, i co kryje się głęboko w jej umyśle. Bo nasze młodzieńcze wyobrażenia to najczęściej bujda na resorach, a jak przyjdzie co do czego, to mamy pasmo rozczarowań. Bo świat i obcowanie z nim wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Najlepszym, co jednak w serialowym świecie spotyka widza, jest przede wszystkim to, jak ten świat wygląda. Ponownie (a mam na myśli tutaj chociażby Stranger Things, chociaż mam wrażenie, że każdy próbuje się teraz doszukać Stranger Things wszędzie) czuć tutaj kolorystyczną oraz muzyczną tęsknotę za latami 80., którą ubogaca współczesna wizualna dynamiczność (chociażby szybkie wtrącenia w postaci retrospekcji oraz sam sposób montażu niektórych sekwencji). Ta stylizacja potęguje tajemniczość głównych bohaterów oraz niejednoznaczność związaną z ich mentalnością, być może trochę uwikłaną w czasy, które już były, które ich ominęły, i najprawdopodobniej nigdy więcej już nie nastąpią. Na koniec postawię przed Wami i przed samym sobą jeszcze pytanie odnośnie potencjalnego rozwinięcia The End of the F***ing World w kolejnych sezonach. Czy faktycznie ono jest potrzebne? Czy uda się utrzymać stylistyczną charakterystyczność i konsekwencje w jej kreowaniu? Trochę się o te ewentualne kolejne sezony boję. Bo tak jak łatwo polubiłem tę dwójkę dziwaków, równie łatwo mogę ich znielubić i znudzić się konwencją, na którą zabraknie pomysłu. Więc może lepiej pozostawić widzów z tymi ośmioma odcinkami, które równie dobrze mogłyby się złożyć na niespełna trzygodzinny film, i pozwolić cieszyć się im tym, co już dostali? A nuż, użyte w pierwszym sezonie otwarte zakończenie pozwoli na intrygujące i niejednoznaczne pociągnięcie losów głównych bohaterów i doprowadzenie ich do konkretnego zakończenia? Jednocześnie czekam i nie czekam (choć chyba bardziej nie czekam), ale na pewno pierwsze osiem odcinków The End of the F***ing World Wam polecam. Bardzo bardzo.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *