Piętnaście najlepszych filmów 2017 roku

Po rankingu dziesięciu najgorszych filmów, czas przyjrzeć się tym najlepszym, którzy w 2017 roku zrobili na mnie największe wrażenie. Nie będę ukrywał – wybór był trudny, a wielu filmów, bez których jeszcze jakiś czas temu nie mogłem sobie wyobrazić tego rankingu, niestety w nim zabrakło. Przed Wami piętnaście najlepszych filmów, jakie widziałem w ciągu ubiegłego roku. Ranking obejmuje polskie premiery kinowe od 1 stycznia do 31 grudnia.

 

15. Twój Vincent reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman

Seans animacji Twój Vincent to jedno z najpiękniejszych wizualnie filmowych przeżyć, jakie kiedykolwiek miałem okazję doświadczyć. Ten film złożony z kilkudziesięciu tysięcy namalowanych ręcznie obrazów, pod względem swojej nowatorskości w formie, jest najprawdopodobniej jednym z najważniejszych filmów ostatnich lat. Sama historia van Gogha opowiedziana jest tu może z dozą pewnej prostoty. Niezwykle intryguje jednak to, że twórcy nie trzymają się ściśle van Gogha znanego z dyskursu popularnonaukowego, pozostawiając miejsce na śledztwo, pewne domysły i w skutkach nutkę kryminału. To musi się skończyć chociaż nominacją do Oscara za animację. Ba, to może skończyć się Oscarem.

 

14. Najlepszy reż. Łukasz Palkowski

Najlepsze w Najlepszym jest to, że wyrastając na najważniejszy film Festiwalu w Gdyni, ani trochę nie zawiódł oczekiwań zarówno widzów, jak i krytyków. Co więcej, byłem na jego seansie dwukrotnie i w obu przypadkach działał równie mocno na widza. Najlepszy realizacyjnie niewiele odstaje od Bogów, choć jest to dużo bardziej „polski hollywoodzki” film. Wyzbyty ze zbędnej pompatyczności na rzecz żartów (Arkadiusz Jakubik!!!), w pewnym momencie tak rozkręcił widownię na drugim seansie, że ta zaczęła się śmiać w momentach, w których śmiać już się nie powinna. Jak to określił pewien Pan na konferencji prasowej, ten film z „bardzo perwersyjnym tytułem”, jeżeli patrzymy przez pryzmat udziału w Konkursie Głównym, faktycznie jest jednym z najlepszych.

13. The Square reż. Robert Östlund

Można zarzucić The Square małe nierówności, w których historia niebezpiecznie zwalnia, ale rekompensują to porażające wręcz cząstki historii. Nie chodzi już nawet o sam performance, ujęty zresztą na plakacie filmu, pokazujący, że sztuka właściwie nie ma granic (bezsprzecznie najmocniejszy moment historii, stanowiący jej filar), ale przede wszystkim o sceny ujawniające ludzki egoizm, wewnętrzną pustkę i nieumiejętność przeskoczenia pewnych sytuacji przez człowieka (fenomenalna scena wywiadu z artystą). Choć Östlund nie osądza wprost sztuki współczesnej, to The Square czyta się trochę jak Manifesto Rosefeldta. To sztuka raczej osądzająca sztukę nowoczesną. Zwracająca uwagę na jej błahość i istotny koncept, który właściwie pozostaje jedynie konceptem. The Square punktuje również człowieka, rzucając w niego jego własnymi brakami.

12. Dzikie róże reż. Anna Jadowska

Dzikie róże bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły na ubiegłorocznych już wrocławskich Nowych Horyzontach. Film najbardziej intryguje przede wszystkim swoją budową, w której emocje rosną z każdą kolejną sceną. Reżyserka stopniowo odkrywa kolejne zdarzenia, kolejne karty snutej historii i problemy głównej bohaterki przed widzami. Największym skarbem Dzikich róż jest jednak przede wszystkim Marta Nieradkiewicz, która wyrasta na najlepszą polską aktorkę młodego pokolenia. Nie ma tutaj nic z tej aktorki, którą poznaliśmy w Zjednoczonych stanach miłości czy w Kamperze. To kreacja surowa i przeszywająca milczeniem. Dzikie róże to w ogóle jedna z najciekawszych tegorocznych filmowych niespodzianek.

 

11. Dunkierka reż. Christopher Nolan

Dunkierka jest oczywiście trochę ugrzecznionym obrazem wojny. Brak tutaj bezkompromisowości, jaką przypisać można chociażby Wojciechowi Smarzowskiemu w Wołyniu (choć to oczywiście dwie zupełnie inne historie). Nolan nie szczędzi sobie pompatyczności, jakiej nie powstydziłyby się inne najdroższe wakacyjne blockbustery. Obok niej nie zapomina o nucie ckliwości, która kieruje Dunkierkę trochę w stronę powszechnie rozumianego „typowego amerykańskiego filmu”. Ostatecznie takim filmem się nie staje, a Dunkierka będąc blockbusterem, jest przede wszystkim bardzo emocjonującym widowiskiem oraz reżysersko wysmakowanym filmem, w którym czuć warsztat i doświadczenie Nolana. To nie jest jakiś byle jaki blockbuster, który ma zarobić na znanych nazwiskach pracujących przy filmie.

10. Coco reż. Lee Unkrich

Druga animacja w tym zestawieniu, choć skierowana do zupełnie innego odbiorcy niż Twój Vincent. Coco to disnejowska bajka, która najprawdopodobniej zabierze sprzed nosa Polakom Oscara (w którego oczywiście wciąż wierzymy). I nawet jeżeli faktycznie się tak stanie, a może, bo Coco fabularnie jest filmem znacznie lepszym, nie będziemy nad tym szczególnie ubolewać. Już dawno żadna bajka nie wzbudziła we mnie tak wielu skrajnych emocji, będących jednocześnie emocjami tak bardzo wyrazistymi. Od zabawy, humoru i meksykańskiej muzyki, po ostateczne poruszenie (łezki przy tej kochanej babci się kręciły w mym oku). I ten wspaniale wykreowany świat umarłych – wizualna uczta.

 

9. To tylko koniec świata reż. Xavier Dolan

To tylko koniec świata to pierwszy film Xaviera Dolana, który pozbawiony jest w pewnym stopniu charakterystycznej dla niego finezyjności. „Nowy Dolan” fascynuje jednak równie mocno, co ten stary i choć sprawia wrażenie dojrzalszego reżysera, który wyzbył się pretensjonalnego narcyzmu, to nie brak mu oka do wspaniałych kadrów i teledyskowych, już nie tak wyzywających kreacji. Dolan zostawia nas z arcytrudnym pytaniem, które wręcz każe nam postawić się na miejscu Louisa. Trochę nieśmiało i niebezpośrednio pyta nas o śmierć. Trochę o naszą śmierć i nasze upodobania. Czy wolimy samotność, czy jednak wartości rodzinne i otoczenie bliskich. Ciężki jest ten film i niezwykle poruszający. Zmiótł mnie emocjonalnie równie mocno, co mój ulubiony Na zawsze Laurence.

8. Lady M. reż. William Oldroyd

To historia kobiety, która wychodzi za mąż z przymusu. Kiedy wdaje się w romans, by być szczęśliwą kobietą, musi mordować kolejne osoby, które w tym szczęściu jej przeszkadzają. Lady M. było zdecydowanie jednym z największych moich zaskoczeń ubiegłorocznego Festiwalu OFF Camera w Krakowie. To film, który zrobił mi źle. Odczucie to było zresztą potęgowane wraz z ciągłym rozwojem całej historii. Całokształt ubrany był w piękne zdjęcia, a wisienką na torcie okazała się Florence Pugh, która potrafiła zmrozić spojrzeniem. Bo ten film w ogóle sam w sobie mroził krew w żyłach.

 

 

7. La La Land reż. Damien Chazelle

La La Land w najprostszym ujęciu jest filmem o spełnianiu marzeń i dążeniu do własnego spełnienia. Marzenia łączą w tym przypadku dwójkę młodych ludzi, w przypadku których wspólne snucie marzeń, przeobraża się najpierw w fascynację, a później w ujmujące uczucie. La La Land jest przykładem filmu do bólu hollywoodzkiego, który nie tylko obraca się w hollywoodzkim środowisku, ale przede wszystkim czerpie mnóstwo z samego szeroko rozumianego Hollywood. Jest filmem trochę przewidywalnym. Nie brakuje mu cukierkowości i dozy naiwności. Ale mimo wszystko jest idealny. Parafrazując znany slogan – magic is in the air. I to w tym filmie jest najcenniejsze. Ten kolorowy, przepełniony muzyką hollywoodzki sen, na samym końcu przestaje być snem i pokazuje, że życie jest po prostu życiem.

6. Maudie reż. Aisling Walsh

Maudie nie skupia się jednak stricte na twórczości Maud Lewis, wciąż istotnej w całej tej opowieści, lecz na relacji pomiędzy dwójką ludzi, pełnej zgryźliwości, nieodwzajemnionej czasami życzliwości, ale wciąż owianej nutą pewnego uczucia. Sally Hawkins, wcielająca się w tytułową bohaterkę, kreuje w tym filmie najprawdopodobniej najlepszą dotychczasową rolę w karierze, a jeszcze nie tak dawno wydawało się, że nie zagra niczego lepszego od Poppy z wyróżnionego Złotym Globem Happy Go Lucky, czyli co nas uszczęśliwia (zresztą za znakomitą kreację aktorską Hawkins). Maudie to opowieść o nieumiejętności docenienia drugiego człowieka i dostrzeżeniu jego braku. Opowieść, która spowodowała, że mury krakowskiego Kina Ars po raz pierwszy zobaczyły moje szczere łzy. I nie były one jedynymi.

5. Frantz reż. François Ozon

Ozon nie popełnił na pewno filmu o ludzkim przemijaniu. Bardziej chodzi tutaj o przemijanie pewnych emocji. Przywiązania do drugiego człowieka. Radzenia sobie z jego śmiercią. Pogodzenia się z czyimś kłamstwem i oszustwem. I może brzmieć to zupełnie zwyczajnie, ale Ozon mimo wszystko pozbawia swój film zwyczajności. W tej historii o zapomnieniu pewnych rzeczy i wiążącym się z nim przebaczeniu, fascynują kolejne kroki bohaterów oraz powiązane z nimi poświęcenie oraz pewna nieufność. W tej sile czasu pojawiają się pewne iskierki, które naprowadzają nas na moment na uczucie miłości, ale w tym melodramacie ani przez chwilę chyba z prawdziwą miłością nie mamy do czynienia. Bardziej z zamianą. Frantz intryguje i przeszywa. Gra emocjonalnie z widzem czarno-białym smutnym życiem codziennym dwójki ludzi, których połączyła poległa na wojnie osoba. François Ozon stworzył film niemal genialny

4. Cicha noc reż. Piotr Domalewski

Nazywana polską Sieranevadą, bo bardzo ciężko od takiego skojarzenia uciec, Cicha noc Piotra Domalewskiego zmierzyła się z Najlepszym Łukasza Palkowskiego o najważniejsze festiwalowe nagrody. Zdania w kwestii potencjalnego zwycięzcy były podzielone, ale ostatecznie to debiutujący w długim metrażu Domalewski wrócił z Festiwalu ze Złotymi Lwami. Gdybym to ja wręczał one również powędrowałyby do tego filmu. Niezwykle trafnego, spostrzegawczego i w wielu aspektach wręcz perfekcyjnego. W komplecie ze świetną historią, fenomenalny Ogrodnik i jeszcze lepszy Jakubik! To najlepszy polski film tego roku. Życzę sobie, byśmy i w tym, Nowym Roku, oglądali polskie kino na równie wysokim poziomie (a wiele na to wskazuje, bo już na początku roku Szumowska na Berlinale).

3. Zabicie świętego jelenia reż. Yorgos Lanthimos

Lanthimos podaje w wątpliwość ludzką moralność, negując jej bezgraniczność. Człowiek, który staje przed wyborem, decydującym o życiu drugiego człowieka, po kolei wyzbywa się wartości uniemożliwiających mu jego dokonanie. Mimo że gniew „boga Martina” i zesłany przez niego los stawiają głównego bohatera przed kluczowym wyborem i naciskają na niego, to on przyjmuje tutaj rolę oprawcy, tracąc człowieczeństwo. Reżyser stawia nas przed jeszcze jednym dylematem. Kiedy przeznaczenie i uwikłana w nie przepowiednia się dokonają, a człowiek wybierze, co dalej? Niby traci się tylko jedną osobę, ale tak naprawdę traci się jakby wszystkie, bo rodzina przestaje być rodziną. Lanthimos trochę nieśmiało stawia nas w sytuacji głównego bohatera i gdzieś z tyłu głowy szepcze: „a Ty byś wybrał?”. Nikt jednak nie odpowiada. Zabicie świętego jelenia dosłownie wewnętrznie zabija. Perfekcją.

2. Jackie reż. Pablo Larrain

Jackie to film, którego bardzo brakowało mi wśród nominowanych w głównej oscarowej kategorii. W ogóle od dawna brakowało mi w oscarowej stawce filmu, który tak mozolnie ciągnąłby się za moją osobą. Byłby takim filmowym cieniem. Jackie to cień smutku, bo film Larraina jest jednym z najsmutniejszych filmów w historii. Przygnębiającym nie tylko przełożoną na ekran tragedią Jackie, ale również jej innymi tragediami, którymi usłane było jej pozornie cukierkowe życie. Fascynująca to postać i niesamowicie fascynujące filmowe przeżycie. Film ciężki i niewyobrażalnie piękny. Opowiadający o człowieku w skrajnie wartościujących to słowa znaczeniach. Dla mnie niezapomniany. A Natalie Portman – najprościej rzecz ujmując – w Jackie przestała być Natalie Portman. Stała się pierwszą damą. Nie tylko filmową, ale przede wszystkim pierwszą damą wśród aktorek.

1. A Ghost Story reż. David Lowery

Pokrajał ten film me serce na kawałki, nie tylko historią i płynącą z niej emocjonalnością, czy innym spojrzeniem na postać ducha oraz kategorię odejścia związanego ze śmiercią, ale również muzyką Daniela Harta, fenomenalnie podkreślającą melancholijną atmosferę całokształtu. Warta uwagi jest również ta figura ducha, która przedstawiona w sposób niemal groteskowy, niesie ze sobą mnóstwo żalu. To film, o którym albo ciężko zapomnieć, albo nawet jest to w ogóle niemożliwe. To film niewiarygodnie smutny i poruszający. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że poniekąd depresyjny. Bo wizja Lowery’ego jest wizją, w której smutek jest przerywany iskierkami nadziei na pojedyncze sekundy. Uderzył mnie ten film i nie potrzebował do tego właściwie żadnych specjalnych środków, a jedynie otwarcie się na widza i jego osobisty odbiór. To najlepszy film tego roku i jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.

 

 

A JAKIE SĄ WASZE NAJLEPSZE FILMY 2017 ROKU?

 

 

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *