Metal na dożynkach – recenzja filmu „Gotowi na wszystko. Exterminator” (2018)

Prawdopodobieństwo obejrzenia w kinie dobrej polskiej komedii jest bardzo niskie. Choć w ciągu ostatnich kilku lat, mieliśmy przyjemność zobaczyć przeuroczą Planetę singli, wystrzałowe i kolorowe Disco Polo (które notabene zyskało tylu samo sympatyków, co zagorzałych przeciwników, w końcu to film „niski i prymitywny jak samo disco polo”) czy… No właśnie. Pomimo taniego tytułu, promyczkiem nadziei we współczesnym polskim kinie komediowym okazał się film Gotowi na wszystko. Exterminator, opowiadający o zespole, który ze swoim death metalem wylądował na miejscowych festynach. I z tym filmem jest trochę jak z tytułowym zespołem – niby gra, ale nie do końca tak jakbyśmy chcieli.

Udała się całkiem ta komedia – tak zupełnie wprost rzecz ujmując. Nie jest to film, jakiego oczekiwałem, ale to wciąż komedia na poziomie, którego na próżno szukać pośród współczesnych polskich reprezentantów gatunku. Exterminatora lubi się w szczególności za pomysł, przez co w trakcie seansu można przymknąć oko na nieudane rzeczy i wątki, o które kilkukrotnie Michał Rogalski – reżyser filmu – się potyka. Ta niepozorna opowieść o zespole, czerpie całymi garściami z tego, co Polaków śmieszy najbardziej i trochę kpi z tego, co polskie. Rogalski wykorzystuje największe szlagiery, które wpisuje w dni ziemniaka czy muzyczne niedziele. W jednej z drugoplanowych ról obsadza Fiata Multiplę, nad którego brzydotą rozwodzi się już kolejne pokolenie, nieświadomie kreując jego internetową ikoniczność. Jednak gdzieś między wierszami, odbieram Exterminatora trochę jako pstryczek w nos małomiasteczkowej kulturze i kreującym ją instytucjom. Zamiast lansować metalowy zespół, który równie dobrze mógłby promować miasto, przez co faktycznie przestałoby być postrzegane jedynie jako „stolica ziemniaka”, lepiej go zmienić w coś zwykłego i zorganizować kilka festynów, na które przyjdzie niekoniecznie młoda miejscowa społeczność. I ten biedny Exterminator zamiast śpiewać „it’s time to kill”, śpiewa, że „to ona płacze deszczem”. A co z młodymi ludźmi, którzy mają problem ze znalezieniem czegoś dla siebie? Nic, niestety, a sama sytuacja brzmi dla mnie jakoś niepokojąco znajomo.

Exterminator. Gotowi na wszystko to film mężczyzn. Kobiety tu są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Ba, ich ograniczona obecność wpłynęłaby na tę historię kojąco i pozbawiłaby film zbędnych potknięć. W komedii Rogalskiego kobiety są jedynie dodatkiem, ale jest to dodatek psujący cały smak. Wygląda to trochę tak, jakby twórcy potrafili pisać postaci męskie, przy czym kobiece były pasmem większych lub mniejszych niepowodzeń. Ciężko ogląda się na ekranie Agnieszkę Więdłochę, która stara się wyciągnąć z Magdy wszystko co najlepsze, wpadając w teatralną manierę. Problemem nie jest jednak sama bohaterka, a cały motyw rozterek miłosnych wokalisty, który jest nadzwyczaj irytujący. Męczy w nim przede wszystkim jego niepotrzebność, ckliwość, nieznośne przeteatralizowanie i błahość, wyrywająca widzów z narzuconego tempa. A jest to tempo, które bardzo odbiorcy się podoba i to wyrwanie boli w tym przypadku dwa razy mocniej (wątku miłosnego mogłoby na dobrą sprawę w ogóle nie być). Irytować może również Pani Burmistrz, której skrajne stany emocjonalne mogą doprowadzać do szału, ale nie da się odmówić Dominice Kluźniak teatralnej gracji. Gdzieś w tle całkiem dobrze radzi sobie Dorota Kolak, choć sam nie wiem, czy jest to zasługa ciekawej postaci, czy raczej samej obecności Kolak na ekranie. Wisienką na torcie wśród postaci kobiecych jest Julcia – jednowymiarowa i zupełnie zbędna, mimo że Hamkało nadaje jej początkowo nutę złudnej niejednoznaczności.

Największym objawieniem Exterminatora jest Piotr Rogucki, który kradnie ten film swoim kolegom. Trafiła mu się zresztą postać zdecydowanie najzabawniejsza i najbardziej charyzmatyczna (komunia i udawany aniołek skradły moje filmowe serce). Po piętach depczą mu Domagała, Czeczot i Żurawski, ale Rogucki ma w sobie luz, którego zabrakło każdemu z nich. Sam film Rogalskiego wpisuję na swoją listę małych rozczarowań, choć wciąż nie odmówię mu miejsca pośród największych zaskoczeń. Niby Exterminator to nic nadzwyczajnego, ot taka całkiem sprawna komedia, a jednocześnie w nie najgorszy sposób rozpoczyna 2018 rok w polskim kinie. Na ten i na następne lata, życzę naszej kinematografii takich komedii, bo choć w ocenie to jedynie szóstka, to mam wrażenie, że to wyjątek pośród nadchodzących komedii (obok Ataku paniki oczywiście).

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *