Małe wydawnictwa, czyli o EP-kach MØ, SEALS i Allana Raymana

Czasami EP-ki – w ilości piosenek skromniejsze – są lepsze od faktycznych albumów danych artystów. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiły się trzy małe wydawnictwa, które albo zwiastują dobrą przyszłość, albo są powrotem do muzyki, za którą cenię danego artystę, albo stanowią uzupełnienie tego, co niedawno od twórcy otrzymaliśmy. Dzisiaj krótko, ale o trzech bardzo dobrych muzycznych rzeczach – When I Was Young MØ, Blurry Rays SEALS oraz Courtney Allana Raymana.

 

MØ – When I Was Young

Przez ostatnie lata trochę zdążyliśmy zapomnieć o debiutanckiej płycie MØ. Wbrew pozorom nie jest to kwestia odległej daty premiery albumu, który ujrzał światło dzienne ponad trzy lata temu, ale nagłej zmiany stylistyki i kierunku muzycznego obranego przez artystkę. Wszystko zaczęło się, kiedy Lean On zaczęło okupować rozgłośnie radiowe, stając się jednym z największych hitów 2015 roku. Kolejne solowe single artystki wyglądały jak nieudolne próby powtórzenia sukcesu duetu z Major Lazerem. Zarówno Kamikaze, Final Song, Drum oraz – najlepsze spośród nich i jednocześnie przypominające choć trochę najlepszy czas w krótkiej karierze MØ – Nights with You, szły bardziej w kierunku lekkiego electropopu, wpisującego się z łatwością w mainstream, który powinien namieszać na listach przebojów. Ale żaden z czterech singli nie namieszał. When I Was Young – tegoroczne wydawnictwo artystki – jest właśnie tym tytułowym powrotem do czasów młodości. Co więcej, patrząc przez pryzmat tego, co na płycie znajdziemy, ta młodość przypomina bardziej powrót do pierwszych muzycznych fascynacji, które słyszeliśmy na debiutanckim No Mythologies to Follow. MØ na EP-ce When I Was Young znalazła złoty środek pomiędzy swoją tajemniczością i łatwym wpisywaniem się w mainstream, nie tracąc przy tym ani jednego, ani drugiego. Idealnym przykładem jest tutaj tytułowa piosenka, będąca zresztą singlem promującym wydawnictwo. Z jednej strony, otrzymujemy utwór nieco mroczny i drapieżny, a z drugiej – chwytliwy i mocno zapadający w pamięci. Szczerze tęskniłem za takim wcieleniem MØ, bo oprócz delikatnego powrotu do tego, co zaprezentowała na swoim bardzo dobrym debiucie, zrobiła jeszcze duży krok w przód. Teraz czekamy na drugi album w podobnym stylu, bo ta niezwykle charyzmatyczna artystka z Danii narobiła nam wielkiego apetytu na więcej.

SEALS – Blurry Rays

Polska scena elektroniczna wciąż mnie bardzo zaskakuje. A wydawać by się mogło, że jest to niemożliwe. W końcu mamy na niej wiele wyjątkowych twarzy, które stały się już poniekąd marką polskiej muzyki elektronicznej. Już jakiś czas temu moją uwagę przykuł duet SEALS, który w ubiegłym roku zaprezentował swoją debiutancką EP-kę The Hand on His Face z Dmuchanym ryżem czy Unoszę się nocą. Tuż po niej pojawiły się jeszcze dwie piosenki, stworzone we współpracy z Wojtkiem Urbańskim – Golden Fork oraz Latam – które postawiłbym pośród najlepszych polskich singli tego roku (a w szczególności niezwykłe Latam, które wcześniej urzekło mnie na dwóch koncertach). Pod koniec roku zaskoczyli czymś zupełnie innym – EP-ką Blurry Rays. Zaskoczyli, bo na nowym wydawnictwie SEALS na próżno szukać muzyki, do której wcześniej nas przyzwyczaili. To dużo odważniejsze elektroniczne granie, przypominające przemyślaną zabawę muzyką. On bardzo rozwinął skrzydła, a ich materiał brzmi dużo dojrzalej. Ona w tym dojrzalszym materiale prezentuje się wokalnie jeszcze ciekawiej (szczególnie w moim ulubionym Sleep Tunes, czy też subtelnej tytułowej piosence). Powiedziałbym, że pomiędzy ubiegłoroczną EP-ką, a wydanym niedawno Blurry Rays jest wielka przepaść. Gdybym jak BBC wybierał Sound of 2018, wśród swoich wybrańców postawiłbym bez wątpienia SEALS. Czekam na jeszcze więcej.

Allan Rayman – Courtney

Na początku roku zachwycił albumem Roadhouse 01, już wtedy zapewniając sobie miejsce pośród najlepszych tegorocznych płyt. W listopadzie zaskoczył EP-ką Courtney. Traktować ją można trochę jako zaspokojenie muzycznego apetytu, którego narobił nam swoim ostatnim albumem. Na Courtney znajdziemy pięć piosenek, wśród których króluje Word of Mouth, będące zdecydowanie najlepszą piosenką, którą otrzymaliśmy w tym roku od Raymana. To utwór emanujący dźwiękowym erotyzmem, przez który się przyjemnie płynie. Artysta niespodziewanie dobrze brzmi w trochę mocniejszych kawałkach – gitarowym, ostrym Gun oraz lżejszym, lecz nieco mroczniejszym Go My Way. Allan Rayman jest dla mnie koncertowym wielkim nieobecnym. Dziwi mnie, że żaden polski festiwal nie chce zaprosić tak intrygującego artysty (wystarczy obejrzeć jego bycie w muzyce podczas ostatniego występu dla A Colors Show z piosenką Gun). Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo byłem podekscytowany, kiedy na liście jego koncertów zobaczyłem „Warsaw”. Szkoda, że Warsaw to klub na Brooklynie.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *