Filmowy listopad, czyli „Mother!”, „Suburbicon”, „Śmierć nadejdzie dziś” i inne…

Filmowy miesiąc, czyli o filmach, które obejrzałem w danym miesiącu, a nie napisałem o nich niczego więcej na łamach bloga. Listopad był miesiącem dość aktywnym na samym blogu, więc w szybkim miesięcznym zestawieniu mniej tytułów niż w październikowym wydaniu. Dzisiaj o dzielącym widzów Mother! (o nowym filmie Aranofsky’ego miał być osobny post, ale czas na to nie pozwolił), Pewnego razu w listopadzie Andrzeja Jakimowskiego, zaskakująco ciekawym Śmierć nadejdzie dziś, rozczarowującym Suburbiconie oraz Emotkach – podobno jednej z najgorszych bajek w historii.

Mother!
reż. Darren Aronofsky

Aronofksy’ego traktuje się trochę jak wizjonera, a Mother! sprawia wrażenie, jakby reżyser chciał jeszcze mocniej uwydatnić swoje wizjonerstwo. Po takich filmach jak Requiem dla snu czy Czarny łabędź, trochę dziwi mnie powszechne zaskoczenie formą najnowszego dzieła Aronofsky’ego. W końcu to Aranofsky. Reżyser na tyle specyficzny, że nawet nieco wybiegające poza tę specyfikę Mother! nie powinno szczególnie szokować. A jednak zszokowało. Film ten można postrzegać jako upust, nie do końca zrozumiałej dla widza, fascynacji figurami mitycznymi i biblijnymi. To reżyserskie podekscytowanie nimi może momentami męczyć (szczególnie niejasnością, której towarzyszy trans skrajnych emocji). Zrozumienie jednak wydaje się zupełnie niepotrzebne. Nawet bez niego Mother! ogląda się z zapartym tchem. Każde dziwactwo Aronofsky’ego intryguje jeszcze bardziej, bo to jednak niezwykle przemyślane kino. Dramat kobiety, polegający na uwikłaniu w idylliczne małżeństwo, któremu towarzyszy dystans i niespełnienie, ubrany jest w niesamowite ziarniste kadry, zamykające postaci w bardzo wąskiej domowej przestrzeni. Jego nieco dosłowne zakończenie, dla mnie domknęło całość i jednocześnie otworzyło nowy rozdział opowieści. W tytułową mother wciela się Jennifer Lawrence, która robi piorunujące wrażenie. Partneruje jej Javier Bardem – jednocześnie niezwykle surowy i artystycznie natchniony. To prawda, nie wszystko się w tym filmie udało, ale to wyjątkowo hipnotyzujący film, poprowadzony w sposób szalony. Aranofsky jest jednak takim szaleńcem, który jeżeli szaleje, to robi to ze smakiem. Zrobił taki film od siebie dla siebie i jego największym fanem najprawdopodobniej jest on sam.

Pewnego razu w listopadzie
reż. Andrzej Jakimowski

W 2012 roku Jakimowski zachwycił mnie znakomitym Imagine, w którym o osobach niewidomych opowiadał w sposób niemal magiczny, uwodząc mnie latynoskim klimatem. Po pięciu latach powraca na polski grunt, przyglądając się historii bezdomnej kobiety i jej syna, którzy stracili wszystko i skazani są na tułaczkę. Całość owiana jest w dodatku aurą marszu niepodległości, co roku rozgrywającego się na ulicach Warszawy. Pewnego razu w listopadzie to idealny przykład filmowego zbłądzenia. Po nieco smutnej i intrygującej pierwszej połowie, przedstawiającej tułaczkę głównej bohaterki, film skręca w rejony, w które skręcić raczej nie powinien. Mam tutaj na myśli zarówno ckliwy wątek zagubionego psa, jak i nie do końca potrzebne przedstawienie marszu z perspektywy chłopaka, nie wnoszące właściwie niczego do całokształtu. Z drugiej strony jednak – Jakimowski, pomimo niekoniecznie dobrego obranego kierunku w snuciu opowieści, bardzo dobrze punktuje marsz niepodległości i biorących w nim udział ludzi. Co ciekawe, reżyser nie jest w tym punktowaniu jednostronny, potrafiąc przedstawić jednocześnie „tych normalnych”, którzy maszerują, by świętować odzyskanie niepodległości i podkreślić tym samym wagę tego wydarzenia, oraz tych zamaskowanych, którzy patriotyzm rozumieją w sposób przewrotny (choć to chyba dość lekkie stwierdzenie w stosunku do tego, co tak naprawdę Jakimowski prezentuje w swoim filmie, a są to materiały nakręcone przez niego samego przed kilkoma laty). Zmęczona życiem i tułaczką Agata Kulesza jest jak zwykle świetna, choć nie czuć żadnej relacji między nią a jej filmowym synem (zresztą dość przeciętnie zagranym). Pewnego razu w listopadzie wkurza niektórymi „polskimi” rzeczami, ale całość jest raczej średnia i rozczarowująca.

Śmierć nadejdzie dziś
reż. Christopher Landon

Miał być niewymagającą rozrywką i jako ta niewymagająca rozrywka sprawdził się świetnie. Co więcej, film Śmierć nadejdzie dziś okazał się bardzo smaczną rozrywką z niemałym dreszczykiem emocji. To historia dziewczyny, która powtarza wciąż ten sam dzień, po tym jak wcześniej zostaje zabita. By móc żyć dalej, musi odnaleźć mordercę i się z nim ostatecznie rozprawić. Landon w swoim horrorze zamknął dwa zupełnie różne filmy, które rewelacyjnie się uzupełniają i jeszcze lepiej ze sobą współpracują. Pierwszy z nich to thriller z elementami horroru, który niesamowicie trzyma w napięciu, a zakończenie bardzo pozytywnie zaskakuje, zupełnie zbijając z tropu widzą. Drugi to amerykańska, nieco głupiutka komedia, bazująca na dość oklepanych żartach (momentami nawet najniższych lotów, bo wiecie pierdzenie zawsze śmieszy…), które mimo wszystko działają, czasami nawet lepiej niż w niejednej gatunkowej komedii. Bardzo pozytywne listopadowe zaskoczenie, które pomimo ciągłego powtarzania się historii, nie nudzi i nie męczy.

Suburbicon
reż. George Clooney

Wciąż nie mogę się zdecydować, czy wolę George’a Clooney’a jako aktora, czy jako reżysera, bo w obu dziedzinach zdarzają mu się wpadki. Suburbicon jest właśnie taką wpadką. Może nie potężną, ale wpadką, szczególnie biorąc pod uwagę, że za scenariuszem stoją nazwiska braci Coen. Choć pod koniec trochę się ten film rozkręca i sprawnie mknie ku końcowi, nie wiadomo, o czym właściwie chce mówić. Z jednej strony, mamy prześladowaną czarnoskórą rodzinę. Z drugiej – wewnętrzne zło człowieka. Krytyka wizerunku białego człowieka? Krytyka po prostu człowieka? W ogóle krytyka? Ciężko powiedzieć, bo Suburbicon właściwie na niczym się nie skupia, a cała historia trochę się rozmywa. Podobnie zresztą jak humor. Film ciągnie przede wszystkim aktorstwo. Matt Damon jest całkiem dobry, choć został nieco zdominowany przez trochę jękliwą Julianne Moore w podwójnej roli. Oprócz tego aktorskiego duetu, całość raczej nijaka i bez polotu. Niestety.

Emotki. Film
reż. Tony Leondis

Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tak przeciętną bajkę. Całkiem ładnie zrealizowaną, ale jednocześnie tak nawiną, trochę nudną, męczącą i niemądrą. Emotki. Film, opowiadający o biednej emotce, która wyraża więcej emocji niż tę jedną, do której wyrażania została stworzona, ogląda się trochę jak skopiowany koncept z bardzo dobrego W głowie się nie mieści. Tam nasze emocje miały emocje, tutaj emotki mają emocje. Z tą różnicą, że emotki wplątane są w błahą historię, w której najśmieszniejsze żarty to żarty o kupie (to są momenty, które bolą zdecydowanie najmocniej). I tak wraz z bohaterami podróżujemy przez YouTube, Instagram, Spotify czy aplikację Just Dance (nawet nie wiedziałem, że takowa istnieje, audycja zawierała chyba lokowanie produktu). I tak podróżujemy, momentami jakby bez sensu. Ładny obrazek, ale trochę o niczym. A zwiastun jest jeszcze gorszy niż film, uwierzcie.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *