W chaosie dzieciństwa – „Po trochu” Weroniki Gogoli

Weronika Gogola zadebiutowała w sposób bardzo intrygujący. Choć jej Po trochu wpisuje się w modę na zainteresowanie wsią, to przenosząc się w czasie do swojego dzieciństwa, dorzuciła do nośnego tematu nutę intymności i związanej z nią osobliwości. Nieco chaotycznie, w kawałkach, opowiada o swoich doświadczeniach z najmłodszych lat oraz o tym, jak wówczas rozumiała świat. Aż chciałoby się krzyknąć: „surtupurtu za tymi kurwami”!

Po trochu Weroniki Gogoli czyta się poniekąd jak połączenie trochę ugrzecznionej Doroty Masłowskiej oraz Justyny Bargielskiej chociażby z Małych lisów. Wszystko wydaje się tutaj napisane wprost, bez zbędnego owijania w plastyczne opisy. Momentami jest może nieco wyzywająco, ale dzięki temu Gogola nie traci autentyczności w historii, w której istotnym elementem jest autobiograficzność. Po trochu można postrzegać jako coś w rodzaju osobistego rozliczenia się z dzieciństwem. To taki pamiętnik spisany z pewnym opóźnieniem, dochodzący ostatecznie do granicy, w której zaczyna się dorosłość. Albo inaczej – kończy się bycie czyimkolwiek dzieckiem. Figura dziecka jest figurą najistotniejszą w tej książce. A może nawet kategoria dziecięcej maski, którą Gogola musiała przybrać pisząc swój debiut. Po trochu ceni się najbardziej właśnie za niewinność i dziecięcą lekkość. Świetnie oddane niezrozumienie pewnych spraw, wynikające z braku życiowego doświadczenia oraz niewiedzę związaną z wiekiem, w którym o niektórych rzeczach nie ma się najmniejszego pojęcia. Zdarzenia opisane przez Gogolę świetnie korespondują (oczywiście w mniejszym lub większym stopniu) z osobistymi doświadczeniami każdego czytelnika. Bo każdy kiedyś był dzieckiem i każdy kiedyś patrzył na świat w sposób, w jaki na świat patrzą dzieci.

Pod tym wiejskim i sielankowym życiem Gogoli kryją się jednak rzeczy wyjątkowo istotne i choć przez całą książkę mogą one wybrzmiewać w różnym stopniu, to czuć je dobitnie szczególnie pod koniec lektury. Istotna w tej opowieści jest rodzina i nie chodzi wcale o rodzinę w tym najprostszym znaczeniu. Czytając Po trochu ma się poniekąd wrażenie, że pojęcie rodziny rozrasta się również na niektóre części wiejskiej społeczności, o ile nawet nie na całą społeczność. Oczywistym jest fakt, że najważniejsza jest najbliższa rodzina (bardzo ciekawa relacja pomiędzy córką a ojcem), ale im głębiej wejdziemy w grupę osób otaczających główną bohaterkę, tym wcale te więzi jakoś szczególnie nie słabną. Po trochu też jest książką, w której sama Gogola być może dostrzega to, czego jako dziecko dostrzec nie potrafiła (nagie zdjęcia u ojca) i choć nadzwyczaj uroczo napisane, jest w pewnym sensie trzeźwym spojrzeniem na to, co już za nią. Na to, co już nigdy nie wróci.

Czytając Po trochu tęskni się za dzieciństwem. Za tym trochę łatwiejszym życiem. Debiut Gogoli jest przykładem książki, którą – czytając to przysłowie bardzo dosłownie – warto ocenić po okładce, bo to jej kwintesencja. Jest wieś, są krowy, kury, palący się „giees”, kolejni umierający członkowie rodziny i przemijający czas. Przemijające dzieciństwo. Jest uroczo jak na okładce, ale też smutno i emocjonalnie.

1 Comment

  1. Karolina Kurando

    Bardzo dobra nota krytyczna, rzetelna, problematyzująca najważniejsze wątki powieści. Pytanie nasuwa się jedno: może warto na chwilę skręcić w stronę krytyki literackiej?

    Z serdecznymi pozdrowieniami.

    Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *