Oni i on kontra zło – recenzja filmu „Liga sprawiedliwości” (2017)

Ubiegłoroczny Batman v Superman: Świt sprawiedliwości nie pozostawiał żadnych złudzeń – było źle. Zupełnie nie wykorzystano potencjału postaci. Do akcji wrzucono mnóstwo ckliwości, a samo widowisko było przede wszystkim efekciarskie i ostatecznie nie robiło większego wrażenia. Tegoroczna Liga sprawiedliwości, której reżyserią również zajął się Zack Snyder, jest małym krokiem w przód po ubiegłorocznej porażce. Krokiem naprawdę niewielkim, ponieważ DC wciąż popełnia podobne błędy, które są niemal niewybaczalne.

W Lidze sprawiedliwości do Batmana dołączają Wonder Woman, Flash, Aquamen oraz Cyborg. W piątkę stawiają czoła niebezpieczeństwu, które może zniszczyć Ziemię. Jeżeli się nie uda wygrać z siłami zła, na planecie zapanuje chaos i wieczna ciemność, a rządzić nią będzie tyran mający armię istot, które napawają się ludzkim strachem. Steppenwolf jest postacią intrygującą i jeżeli Ligę sprawiedliwości miałbym postawić obok Batman v Superman, to ten pierwszy film wygrywa z drugim przede wszystkim wyrazistością czarnego charakteru. Budzi on mniejszą lub większą grozę, a nie uśmiech politowania jak w przypadku Eisenberga. W całości jego wątek prezentuje się czasami naiwnie (nie rozumiem tego pomysłu na zabranie jednej ze skrzyń, kiedy bohaterowie jakby o niej zapomnieli, a o rzeczach, które zagrażają światu, superbohaterowie chyba zapominać nie powinni), choć trzeba przyznać, że wizja zagłady świata przez Steppenwolfa jest całkiem angażująca. Co więcej, Ligi sprawiedliwości nie ogląda się wcale najgorzej i to warto zaznaczyć. Nie jest to seans przesadnie wymagający, ale jednocześnie nie jest też rozrywką z najniższej półki, która mogłaby widza w jakikolwiek sposób obrazić (choć przyznam, że raz poczułem się obrażony). To przede wszystkim zasługa niezłego humoru, szczególnie związanego z postacią Flasha, który kreowany jest w grupie na takiego śmieszka (ciekawy w tej roli Ezra Miller, któremu to bycie śmieszkiem nie tylko bardzo dobrze wychodzi, ale również pasuje). Mamy też sporo potęgującej klimat muzyki (norweska piosenkarka Sigrid i jej Everybody Knows to najprawdopodobniej jedna z najlepszych piosenek filmowych tego roku) oraz parę ładnych obrazków. I na tym właściwie Liga sprawiedliwości się kończy.


Pięknie rozbrzmiewa w czołówce. Może jakieś nominacje do Oscara?

DC i Snyder nie wynieśli najważniejszej lekcji z ubiegłorocznej porażki. Znowu otrzymujemy historię pełną ckliwości, które szatkują historię na momenty bardzo tanie emocjonalnie oraz na angażujące widzów sceny największej akcji, w których obserwujemy starcia superbohaterów. Wygląda to trochę tak, jakby twórcy potrafili zrealizować dobrą komedię i całkiem niezły film akcji, ale byli całkowitymi beztalenciami w przypadku jakichkolwiek ludzkich dramatów czy rozterek. Bo są to emocje, które serwuje się w najgorszego sortu dramatach. Zastanawiający jest również budżet, którego w Lidze sprawiedliwości właściwie nie widać. Być może słowo „brzydkie” jest zbyt dużym określeniem, ale już na pewno można powiedzieć, że jest to trochę niechlujne widowisko. Liga sprawiedliwości czasami wygląda, jakby żywych ludzi wkleiło się do jakiejś nie najlepszej jakościowo gry. Od czasu do czasu jest znowu na odwrót – widać sztucznie wygenerowane tło doklejone do żywych postaci (Louis Lane z ukochanym na farmie to idealny tego przykład, zdecydowanie najbrzydsze sceny w całej produkcji). Owszem, realizacyjnie ten film ma swoje momenty (spojrzenie na Gotham zza pleców Batmana chociażby, na którym zawsze się rozpływam i rozpływać się będę), ale w tytułach, za którymi stoją wielkie pieniądze i jeszcze większe studia, pewne rzeczy zdarzać się nie powinny. A niestety kilkukrotnie (albo i więcej!) się zdarzyły.

Określę Ligę sprawiedliwości małym zaskoczeniem, patrząc szczególnie przez pryzmat tego ubiegłorocznego BatmanoSupermana, którego w dalszym ciągu nie mogę DC wybaczyć. Wciąż jednak mamy do czynienia z kinem co najwyżej średnim. Nie najgorszą rozrywką, niekoniecznie ładnie oprawioną, ze znanymi buziami i całkiem ciekawymi bohaterami (choć Affleck jako Batman wciąż mnie w stu procentach nie przekonuje, nie mówiąc już Louis Lane i wcielającej się w nią Amy Adams, która po raz kolejny męczy się niemiłosiernie w tej roli). Mamy jednak tendencję zwyżkową i kto wie, może w przypadku postaci Batmana i Supermana będzie coraz lepiej, bo na to „lepiej” obaj zasługują.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *