Ponownie o rodzinie – recenzja filmu „Beksińscy. Album wideofoniczny” (2017)

Po wielkim sukcesie Ostatniej rodziny Matuszyńskiego, mogliśmy zaobserwować zwiększone zainteresowanie twórczością Zdzisława Beksińskiego. Ten wzrost – choć w przypadku wielu osób najprawdopodobniej jedynie sezonowy – jak najbardziej cieszy, bo Beksiński to niebanalny i wyjątkowo intrygujący artysta, zasługujący na uwagę. Podobnie jak jego zwykła niezwykła rodzina, której przyglądamy się w filmie Beksińscy. Album wideofoniczny.

Najpierw był idealnym otwarciem 57. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, na którym odbyła się światowa premiera dokumentu Marcina Borchardta, a później na tym samym Festiwalu – dość spodziewanie zresztą – otrzymał przepustkę do walki o nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej. Ostatecznie w nominowanej piątce się nie znalazł, ale to bardziej efekt nieznajomości Zdzisława Beksińskiego za granicami Polski niż pewnych słabości filmu. Beksińscy. Album wideofoniczny to dokument niemal bezbłędny. Powiedziałbym, że nawet bardziej intrygujący swoją treścią niż rewelacyjna Ostatnia rodzina, bo od nawiązań do tego filmu ciężko tutaj uciec, chociażby ze względu na odniesiony przez niego sukces. Ale nie tylko. Dokument jest w pewnym sensie odpowiedzią na debiut fabularny Matuszyńskiego, mimo że zaczął powstawać jeszcze wcześniej niż jego film. Niekiedy oglądamy dokumentalny zapis historii, a często również konkretnych scen, które w ubiegłym roku bardzo dobrze poznaliśmy przy okazji Ostatniej rodziny (i które niejednokrotnie nas poruszyły). Z jedną zasadniczą różnicą – na ekranie nie widzimy już Andrzeja Seweryna, Aleksandry Koniecznej i Dawida Ogrodnika, ale prawdziwych Zdzisława, Zofię i Tomasza Beksińskich.

I chyba w oglądaniu na ekranie autentycznych postaci tkwi największa siła tego dokumentu. Beksińscy fascynują tutaj jeszcze bardziej niż w Ostatniej rodzinie. Ich działania i rozmowy uderzają w nas jeszcze mocniej, wywołując zupełnie skrajne emocje. Zaczynając od tej fascynacji, o której wspominałem dwa zdania wcześniej, przez ciągłe intrygowanie, po niepokój, a nawet małe przerażenie tym, jak daleko – w przypadku Beksińskiego – może sięgać sztuka oraz jakie granice może przekraczać (a niekiedy są to granice pewnych wartości, do których zwykli ludzie nie byliby się nawet w stanie zbliżyć). Piorunujące wrażenie robi również lektor, pojawiający się w dokumencie Marcina Borchardta, przypominający do złudzenia głos Zdzisława Beksińskiego, przez co Album wideofoniczny trafia jeszcze mocniej i konkretniej w emocjonalne struny. Bo w ogóle ten film jest niezwykle emocjonujący. Niby oglądamy jedynie zapiski, jakieś urywki z życia rodziny Beksińskich, a wzbudzają one mnóstwo osobistych odczuć. Jeżeli po ubiegłorocznym filmie Matuszyńskiego jesteście zaintrygowani postacią artysty i figurą jego rodziny, Beksińscy. Album wideofoniczny wydają się pozycją obowiązkową.

2 Comments

  1. Ania

    Nie zgadzam się, że film Matuszyńskiego jest rewelacyjny. Sukces “Ostatniej rodziny” jest dla mnie niezrozumiały. Tam nie ma żadnej prawdy o Beksińskich. Jest tak naprawdę tylko kilka scen prawdziwych (takich które miały miejsce w rzeczywistości). Mocne sceny np. Tomek demolujący kuchnię, czy Zdzisław filmujący martwą żonę to są sceny zmyślone przez (powstrzymuje się od epitetów) scenarzystę.
    Zgadzam się, że film Pana Marcina Borchardta powinien być pozycja obowiązkową dla wszystkich, którzy widzieli to niby arcydzieło pt. “Ostatnia rodzina”. Arcydzieło paszkwilu chyba…

    Reply
    1. Paweł Pachla (Post author)

      Szanuję, aczkolwiek trzeba być przygotowanym na to, że dramaty biograficzne często są jednak autorskimi wizjami reżyserów i bardziej inspirowane są życiem jakiejś postaci, niż pokazują to życie “słowo w słowo”. To samo spotkało zresztą dwa tegoroczne dramaty sportowe – “Gwiazdy” o Janie Banasiu i “Najlepszego” o Jerzym Górskim. Widać tę autorską wizję przede wszystkim w przypadku tego drugiego, gdzie tak naprawdę historia z filmu ma się czasami nijak do tego, co czytamy w autoryzowanej przez Górskiego biografii Grassa. Ale dzięki pewnym dodanym elementom stała się opowieścią bardziej filmową. Podobnie jest w przypadku “Ostatniej rodziny” – jest trochę taką wariacją na temat życia Beksińskich, reżyserską wizją. Nie ujmuje to jednak rewelacyjnej konstrukcji samego filmu, w której twórca na bazie intrygujących i zupełnie wyjątkowych Beksińskich, kreuje przede wszystkim przejmujący obraz rodziny uniwersalnej. Pozdrawiam!

      Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *