Polskie kino kobietami stoi?

W książce-wywiadzie Kino to szkoła przetrwania, Małgorzata Szumowska powiedziała, że „reżyseria to nie jest zawód przyjazny kobietom”. Po czym dodała, że „trzeba być bezwzględnym, trzeba pić wódkę”.1 Niejednokrotnie usłyszała, że zrobiła reżyserską karierę, bo jest atrakcyjna, a samo środowisko filmowe nie różni się niczym od reszty środowisk w postrzeganiu kobiet jako obiektów seksualnych. Ale jak zresztą sama Szumowska zaznaczyła w rozmowie – „samym wyglądem filmu nie zrobisz”.2 Natomiast Agnieszka Holland – najważniejsza i najbardziej doceniana na całym świecie polska reżyserka – chcąc zbudować pozycję reżysera, musiała udowodnić, że „umie zostać mężczyzną” i pokazać swoją bezwzględność oraz bezkompromisowość. Wiśniewska przytacza w kontekście przyjmowania męskich ról w branży reżyserskiej przykład Kathryn Biegelow, która jest pierwszą kobietą z Oscarem dla najlepszego reżysera. Niby kobieta, ale patrząc stereotypowo, nakręciła film bardzo męski, a mianowicie dramat wojenny The Hurt Locker. W pułapce wojny.3 W Polsce sprawa wygląda inaczej. Kobiety nie kręcą filmów „męskich”, a jednocześnie są doceniane na całym świecie, pozostawiając w swoim tle wielu polskich reżyserów. Tym samym kobiety stają się coraz istotniejszą częścią polskiego kina. Nie tylko w kwestii ich donośnego twórczego głosu, ale również obrazów kobiet podejmowanych przez mężczyzn. A więc, polskie kino kobietami stoi?

Międzynarodowe sukcesy

Wystarczy cofnąć się jeszcze dwadzieścia lub trzydzieści lat. Wszystkie największe sukcesy polskich reżyserek kręcą się generalnie wokół Agnieszki Holland. Nominacja do Oscara i nagrody Brytyjskiej Akademii Sztuk Filmowych i Telewizyjnych, wyróżnienie FIPRESCI w Cannes za Aktorów Prowincjonalnych oraz współpraca z – wtedy jeszcze bardzo świeżymi, teraz wręcz wielkimi – nazwiskami światowego kina (chociażby Leonardo DiCaprio w Całkowitym zaćmieniu). Wówczas pojawiło się dość sporo bardzo ważnych osiągnięć obok nazwiska Agnieszki Holland. Jednak dopiero z filmowymi narodzinami drugiej ważnej reżyserki na polskim gruncie, a mam tutaj na myśli Małgorzatę Szumowską, która stoi obok Holland i razem można je przedstawiać jako dwie najważniejsze obecnie kobiety w polskiej kinematografii, nastąpił rozwój kina kobiet (choć określenie „kino kobiet” w tym przypadku odnosi się bardziej do płci twórcy, przecież kobiety potrafią tworzyć równie krwiste i mięsiste dramaty jak mężczyźni). Choć kobiety wciąż są mniejszością w polskim kinie, to dużej wagi ich obecności nie da się kwestionować. W końcu to one stoją za jednymi z najważniejszych festiwalowych sukcesów ostatnich lat.

W tym roku nie kto inny, jak właśnie Agnieszka Holland powróciła z Berlinale ze Srebrnym Niedźwiedziem za film, który poszerza horyzonty kina i choć o jego słuszności można dyskutować, bo sam Pokot nie jest dziełem doskonałym, to Holland bez wątpienia umocniła swoją pozycję ważnej reżyserki w światowym kinie. Kilka lat wcześniej była ponownie nominowana do Oscara, tym razem w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego za film W ciemności, który spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem na całym świecie. W 2015 roku – również z europejskiego Berlinale – z nagrodą wróciła Małgorzata Szumowska za Body/Ciało. W jej przypadku była to nagroda jeszcze bardziej prestiżowa, bo Srebrny Niedźwiedź dla najlepszego reżysera, przez co Szumowska dołączyła do wąskiego grona kobiet nagrodzonych tą nagrodą (warto podkreślić, że przyznano wtedy dwa wyróżnienia, drugie trafiło w ręce mężczyzny). Dwa lata wcześniej Szumowska również powróciła z Berlinale z nagrodą – Teddy Awards dla najlepszego filmu o tematyce LGBT za kontrowersyjne w Polsce W imię… o księdzu homoseksualiście. Szumowskiej warto dopisać również nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszego reżysera oraz zwycięstwo w plebiscycie publiczności dla najlepszego filmu europejskiego (w obu przypadkach ponownie wyróżnienia przyniosło jej Body/Ciało). Wcześniej Europejska Akademia Filmowa nominowała ją dwukrotnie w kategorii „odkrycie roku”, najpierw za debiutanckiego Szczęśliwego człowieka, a później za Ono, dając Europie i przede wszystkim Polsce do zrozumienia, że oto rodzi się na naszych oczach bardzo ważny twórca.


Maja Ostaszewska w Body/Ciało i W imię… w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej

Holland i Szumowska choć dominują w międzynarodowych sukcesach polskich reżyserek i są godnymi reprezentantkami polskiej kinematografii na całym świecie (być może wynika to również z ich charyzmy zarówno artystycznej, jak i medialnej), to oczywiście sukcesy polskich kobiet-filmowców nie ograniczają się jedynie do tych dwóch nazwisk. Berlinale chyba lubi filmy polskich reżyserek i wtedy, gdy Teddy Award trafiło w ręce Szumowskiej, w sekcji Generation zwyciężyła Katarzyna Rosłaniec ze swoim Bejbi Blues, które spotkało się na rodzimym gruncie z dość ostrą krytyką. Trzy wyróżnienia z tego samego Festiwalu ma Dorota Kędzierzawska, o której zbyt wiele w kontekście reżyserek ostatnio się nie mówi, a ma na swoim koncie bardzo wiele wyróżnień, w tym Nagrodę Jury Coup de Coeur z Cannes w przeglądzie Un Certain Regard za film Wrony.

Prezentacja tylko niektórych międzynarodowych wyróżnień dla polskich reżyserek nie jest próbą sfeminizowania polskiego kina i zaznaczenia, że reżyserzy nie prezentują polskiego kina na zagranicznych festiwalach i nie zdobywają tam nagród. Nie. Kolejne nagrody z Berlina, nominacja do Oscara Agnieszki Holland czy wyróżnienia w „europejskich Oscarach” pokazują jak wielki potencjał drzemie w kobietach-reżyserach. Potencjał, który – co warto tutaj zaznaczyć – jest coraz chętniej na polskim gruncie wykorzystywany. Bo obok nazwisk, które padły już wcześniej, można wyliczać kolejne mniej lub bardziej ważne, które jeżeli nie pojawiają się na zagranicznych festiwalach, to wygrywają lub dobrze prezentują się na tych ojczystych. Wystarczy tutaj wspomnieć o Agnieszce Smoczyńskiej (Córki Dancingu trochę niedocenione w Polsce, są bardzo głośno dyskutowanym filmem na całym świecie, również w Stanach Zjednoczonych), Kindze Dębskiej (świetnie przyjęte Moje córki krowy, które zgarnęły kilka nagród publiczności na polskich festiwalach), Joannę Kos-Krauze (w reżyserskim duecie z Krzysztofem Krauze wyreżyserowali Ptaki śpiewają w Kigali, które znalazły się w Konkursie Głównym Festiwalu w Karlovych Varach), Katarzynę Adamik, Marysię Sadowską (ponad półtora miliona widzów w kinach na historii Michaliny Wisłockiej i filmowej Sztuce kochania), Annę Jadowską (zachwycające na 17. Nowych Horyzontach Dzikie róże z jeszcze lepszą Martą Nieradkiewicz, doceniane w ostatnich miesiącach na wielu europejskich festiwalach, w tym w Sztokholmie oraz Cottbus) czy Magdalenę Piekorz (bardzo dobrze przyjęte Pręgi, nagrodzone Złotymi Lwami w Gdyni dla najlepszego filmu). Więc jeżeli ktoś mówi, że ciekawych reżyserek na polskim gruncie nie ma, jest w błędzie. Co więcej, wśród nich są nazwiska wybitne.

Sytuacja reżyserek w reżyserskim świecie zdominowanym przez mężczyzn, zmienia się być może dlatego, że teraz kobieta już nie musi przybierać tak bardzo męskich ról. A jeżeli już jest to konieczne, to wystarczy, że robi to na planie. Nie musi być twarda w każdym poszczególnym elemencie pracy nad filmem, ponieważ ostatnio zaczyna się doceniać wrażliwość, której nie są nam w stanie zaoferować mężczyźni (z młodych twórców, np. Tomasz Wasilewski jest reżyserem, który w obrazowaniu świata, potrafi przyjąć kobiecą maskę). Pod względem emocjonalnym, prowadzącą film spokojniej i może trochę delikatniej, ale z tą samą konsekwentnością i ostatecznym emocjonalnym upojeniem. Zdarza im się również stylistycznie uderzać w zupełnie inne tony, czego idealnym przykładem jest Katarzyna Rosłaniec i jej instagramowy Szatan kazał tańczyć, który może się podobać, ale nie musi. Inaczej znowu jest z filmami Małgorzaty Szumowskiej. Choć każdy z nich, po kolei od debiutanckiego Szczęśliwego człowieka, po ostatnie dokonania reżyserki, jest filmem bardzo konsekwentnym i emocjonalnie bezkompromisowym, w klimacie i generalnie w całokształcie filmu jest coś takiego, czego żaden mężczyzna nie byłby w stanie wytworzyć. Być może dlatego jej filmy są tak niepowtarzalne.

Kobiety u mężczyzn

Kobiety to nie tylko reżyserki, ale również bohaterki najważniejszych polskich filmów ostatnich lat, a jeżeli nie najważniejszych, to takich, które bez wątpienia osiągnęły bardzo duży sukces poza granicami naszego kraju. I nie chodzi w tym przypadku wcale o postaci drugoplanowe, które wybijają się od czasu do czasu na plan pierwszy, a o kobiety, którym poświęcone są całe filmy. Obok największych sukcesów polskiego kina nie można przecież zapomnieć o tym długo wyczekiwanym Oscarze dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, który trafił w ręce Pawła Pawlikowskiego za fenomenalną Idę, którą zachwycał się cały świat, a z tego całego świata chyba najmniej my – Polacy.

Ida reż. Paweł Pawlikowski / Zjednoczone stany miłości reż. Tomasz Wasilewski

Ida poza wszelkimi oskarżeniami o „antypolskość”, jest przede wszystkim filmem o kobietach. Pięknym, czarno-białym, niezwykle stylowo zrealizowanym obrazem młodej nowicjuszki i jej bezwzględnej ciotki. Zderzeniem dwóch zupełnie innych osób, charakterów, poglądów i życiowych doświadczeń. Tytułowa Ida jest spokojna. Sprawia wrażenie dziewczyny, która jeszcze nie do końca poznała życie i rzeczy, które to życie może jej zaoferować. Lubi rozmawiać, a jej charakter idealnie wpisuje się w klimat samego filmu – jest wyciszona i niewinna. Zupełnie inna jest Wanda, prowadząca beztroskie życie, w którym immunitet pozwala jej na popadanie w alkoholizm, a dzięki swojej wysokiej pozycji może osiągnąć praktycznie każdy swój wyznaczony cel. Ida Pawlikowskiego jest zderzeniem się dwóch przeciwieństw – nie tylko dwóch różnych osobowości, ale przede wszystkim dwóch dusz. Jedna z nich to dusza bogobojna, druga to dusza pozbawiona skrupułów i przede wszystkim samej postaci Boga. To spotkanie jednocześnie fascynuje i frustruje, a oscarowa Ida pokazuje wiele kobiecych twarzy, których aż tak dosadnego starcia jeszcze przed tym filmem w polskim kinie nie było.

Obok Idy postawić można Zjednoczone stany miłości w reżyserii Tomasza Wasilewskiego. Obraz zupełnie inny, ale podejmujący temat kobiet w sposób równie bezwzględny i poruszający zarazem. Wasilewski w swoim filmie przedstawia historie czterech kobiet i ich miłości, które były równie szare, co pokomunistyczne blokowiska, w których mieszkały. Nikt dotychczas nie mówił o kobietach w tak doskonały sposób, jak zrobił to właśnie Wasilewski, a już tym bardziej o kobietach z okresu tego najważniejszego polskiego przełomu, w którym te różne tytułowe stany miłości były, ale trochę udawało się, że ich nie ma. Bo o miłościach zakazanych i pewnych uczuciowych zdarzeniach po prostu na głos się nie mówiło.

Tylko kobiety?

O kobietach w polskim kinie jeszcze wiele można byłoby powiedzieć. Choć to temat na osobny obszerny artykuł, wystarczyłoby się skupić na tym, jak one – reżyserki – obrazują w swoich filmach inne kobiety. Są to obrazy różnorodne. Od silnej Michaliny Wisłockiej, z mocnym feministycznym wydźwiękiem ze Sztuki kochania Sadowskiej, przez zadziorną staruszkę z Pora umierać Kędzierzawskiej, po zdominowaną przez bardzo tradycyjne otoczenie Ewę z Dzikich róż Jadowskiej. I jeszcze wiele, wiele więcej. O coraz ważniejszym głosie kobiet reżyserów w polskim kinie świadczy chociażby rozdanie Orłów z 2016 roku, na którym najważniejsze nagrody między siebie rozdzieliły Moje córki krowy Kingi Dębskiej i Body/Ciało Małgorzaty Szumowskiej (mówiąc „najważniejsze nagrody” mam na myśli kategorie filmu, aktorów pierwszoplanowych, reżyserii, scenariusza i nagrodę publiczności), pozostawiając w swoim tle filmy wyreżyserowane przez mężczyzn. Puentą tego wywodu na temat kobiet w polskim kinie nie ma być krytykowanie reżyserów płci męskiej, wytykanie ich wad i piętnowanie ich twórczości oraz samego tematu mężczyzn w polskim kinie, co graniczyłoby niebezpiecznie z feminizmem radykalnym. Wręcz przeciwnie, kino tworzone przez mężczyzn jest równie mocno potrzebne, co to tworzone przez kobiety, a „kino dla mężczyzn” równie ważne, co „kino dla kobiet”. Dążę do tego, że dużym szczęściem dla polskiego kina jest dojście do głosu przez reżyserki i jest to coraz częściej głos, który niesie się po całej Europie, a czasami nawet i po całym świecie. Rozkwit kina tworzonego przez kobiety oraz kina, w którym o kobietach się po prostu mówi to efekt tego, że kiedyś one nie były aż tak potrzebne – zarówno jako pierwszoplanowe bohaterki z problemami, czy twórczynie, chcące powiedzieć coś od siebie. Teraz to wszystko się zmienia i kobiety potrafią walczyć o swoją pozycję, również w reżyserskim świecie. I ta walka – co warto zaznaczyć – jest bardzo skuteczna, a my tak jak chwalimy się Polkami jako najpiękniejszymi kobietami na świecie, chwalmy się również reżyserkami, które jeżeli nie są już teraz postaciami wybitnymi i cenionymi na całym świecie jak Holland, Szumowska, czy dopiero debiutująca w pełnym metrażu Smoczyńska, to na takie mogą w przyszłości wyrosnąć.

 

  1. A. Wiśniewska, Szumowska. Kino to szkoła przetrwania, Warszawa 2012, s. 83.
  2. Ibidem, s. 82.
  3. A. Wiśniewska, Holland jako mężczyzna, w: Holland. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 31-32.

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *