Na ołtarzu bogini – relacja z berlińskiego koncertu Banks

Berlin. Okolice klubu Huxleys Neue Welt. Koło stacji metra Hermannplatz bliżej nieznana mi społeczność (choć możliwe, że była to społeczność LGBT) gromadzi się zapewne na jakąś demonstrację. Przestrzeń trochę inna od tych, które kojarzymy z berlińskich pocztówek. Będąca kulturową mieszanką, której nie doświadczymy nawet przy obleganej przez turystów Bramie Brandenburskiej. Różnorodna. Niby spokojniejsza, ale jakby bardziej niepokojąca. Przed klubem, na kilka godzin przed koncertem, powoli ustawia się kolejka, wypełniona duszyczkami, które oddały się muzyce Banks. Duszyczkami, które podróżowały kilkanaście godzin do stolicy Niemiec nie tylko z Polski, ale również z Ukrainy czy Węgier. Dla muzycznej bogini, która podzieliła się z nimi częścią swojego muzycznego ołtarza.

Ołtarz, w kontekście berlińskiego koncertu Banks, nabiera zupełnie innego znaczenia. To nie tylko znaczeniowa zabawa związana z tytułem drugiego, znakomitego albumu artystki, ale przede wszystkim efekt przestrzeni Huxleys Neue Welt. Wyczuwa się w tym miejscu jakąś sakralność, kreującą przestrzeń klubu na muzyczną świątynię. Scena natychmiast stała się ołtarzem, a Banks wystąpiła w roli bogini. Pięknej i oszałamiającej. Niby prawdziwej i wzbudzającej zachwyt, a jednocześnie nieco zimnej. Może nie zdystansowanej, ale na pewno trochę niedostępnej.

Po przerwaniu trasy koncertowej, koncert w Berlinie był jednym z ostatnich, który znalazł się na europejskiej liście The Altar Tour. Decyzja artystki nie wydaje się zaskakująca, chociażby z uwagi na samą konwencję koncertu, która czerpie nie tylko z fizyczności niepokojących tancerek, ale przede wszystkim z fizyczności Banks. Można zaryzykować stwierdzenie, że koncerty z trasy The Altar Tour ocierają się o pewien performance, który jest nie tylko uzupełnieniem tego, co Banks zaserwowała nam na obu płytach, ale również osobnym przeżyciem, które subiektywnie rozpatrywałbym w kategoriach dzieła sztuki. Niby w pewnym stopniu kameralnym (choć polemizowałbym, czy wyprzedany koncert w Huxleys Neue Welt można nazwać kameralnym), ale jednocześnie pełnym przepychu i różnorodnych emocji.

Koncert tradycyjnie otworzyło Poltergeist, na które Banks weszła nakryta czarnym koronkowym płótnem wraz z dwiema tancerkami z zasłoniętymi twarzami i tym samym rozpoczęła swoje drapieżne show, pełne niedopowiedzeń i skrajnych emocji. Przerwała je jedynie na moment niezwykle intymnym coverem Tracy Chapman Fast Car, przy okazji którego Banks po raz pierwszy powiedziała kilka słów do publiczności. W słowach właśnie objawia się ta niedostępność, o której wspomniałem chwilę wcześniej. Wbrew pozorom, koncertowe spotkanie z Banks to spotkanie niezwykle ciche. Pozbawione zbędnych słów, a zdominowane przez przeszywający wzrok samej artystki, która na koncercie rzadko się uśmiecha. Ten uśmiech jej nawet wręcz nie pasuje.

Na set liście nie zabrakło Gemini Feed, Waiting Game, Beggin for Thread, Fuck With Myself, Trainwreck, Drowning, najlepszego na debiutanckiej płycie Banks This Is What It Feels Like czy ostatniego Underdog, które zamknęło koncert. Warto dodać, że brzmi ono trochę jak ciąg dalszy romansu z lżejszą elektroniką, który rozpoczął się przy okazji duetu z Chetem Fakerem. Ciężko stwierdzić, która płyta wybrzmiała na koncercie lepiej, bo takie połączenie piosenek, jakie w Berlinie zaproponowała Banks (a zmieniła się trochę kolejność piosenek w stosunku do set list z innych koncertów), stworzyło z nich płytę doskonałą. W ogóle cały ten koncert/performance/dzieło sztuki (wybierz według własnego uznania) niekiedy zbliża się do tej doskonałości.

Na kategoriach doskonałości i spójności opiera się właściwie cały sukces Banks, które może jeszcze nie tak bardzo odczuwalne na debiucie, objawiły się na drugim The Altar, a później jeszcze spotęgowane pojawiły się na trasie koncertowej. Występy Banks to momentami przerażające widowisko, w którym taniec niebezpiecznie ociera się o egzorcyzmy, a bogini na scenie balansuje pomiędzy niewinnością i drapieżnością, pewną skromnością i wylewającą się ze sceny zmysłowością. Pełno w niej skrajności i sprzeczności, a jednocześnie jest w kreowanej przez siebie sztuce niewiarygodnie autentyczna. Za każdym razem, słuchając muzyki Banks, widziałem przed oczami taką Banks, jaką ujrzałem na koncercie. Nieco chłodną postać, która przeszywa wzrokiem, a czasami może nawet lekko niepokoi. Wokalistkę, po której właściwie nie wiadomo, czego się można spodziewać. Artystkę, tak po prostu. Każdemu, kto choć trochę czuję muzykę Banks, życzę, żeby przeżył kiedykolwiek jej koncert w takiej formie, w jakiej były podczas ostatniej trasy. Łudźmy się, że podczas jej wiosennej odsłony odwiedzi Polskę. Bo to wydarzenie naprawdę niezapomniane.

 

Mam wrażenie, że ta relacja przypominająca pamiętnikowy wpis nie wyraża mojego
zachwytu nad tym koncertem,
bo tego zachwytu nie da się chyba wyrazić żadnym wpisem.

foto: Dominika Maziarz

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *