Mężczyzna w czarnej skórze – recenzja filmu „Tom of Finland” (2017)

Weteran wojenny, porucznik, homoseksualista, uzdolniony człowiek, marzący o wystawach w paryskim Luwrze i prekursor kultury, którą współcześnie określilibyśmy mianem gejowskiej. W swojej sztuce dość wyzywający, bo szkicujący męskie akty. Zanurzony w nurcie „leatherman”, czyli w „facetach w skórach”, którzy stanowili jego fascynację oraz stali się popularnym gejowskim wzorem. Tom of Finland, a właściwie ukrywający się pod tym nazwiskiem Touko Laaksonen, na przełomie lat 70. i 80. pozwolił społeczności LGBT na wyjście z cienia. Jego filmowa biografia to tegoroczny fiński kandydat do Oscara, który statuetki raczej nie otrzyma, choć może namieszać przy samych nominacjach.

W Finlandii homoseksualizm zalegalizowano w 1971 roku. Wcześniej – dewiantów i przestępców – skazywano na więzienie lub przymusowe leczenie, które miało na nowo wrodzić w nich normalność (homoseksualizm usunięto z listy chorób w Finlandii dziesięć lat po legalizacji). Touko Laaksonen lata swojej młodości najpierw spędził na wojnie, a później w ukryciu – przed światem zewnętrznym, w którym nie mógł znaleźć powszechnej akceptacji. Jego romanse ograniczały się do niebezpiecznych schadzek w parkach, gwarantujących fizyczność, ale nie uczucie. Swoją inność przelewał na kartki papieru, na których rodziła się postać, będąca w przyszłości ikoną gejów. Stworzył Kake, czyli figurę umięśnionego mężczyzny z wąsami, ubranego w skórzane spodnie i kurtkę oraz policyjną czarną czapkę. Podobnie jak w przypadku twórczości artysty, w filmie Dome Karukoskiego homoseksualizm kojarzy się bardziej z seksualną rozpustą, której definicją jest wizerunek Kake. Seksualną inność wiąże się z uwypukloną cielesnością, dominującą nad wszelkimi relacjami emocjonalnymi. Hedonizmem powiązanym z zachłyśnięciem się otrzymaną wolnością. Bo w interpretacji Karukoskiego zachodni geje czuli się niemal wolni. Tę wolność widać przede wszystkim w kontraście pomiędzy zamkniętą, hermetyczną Finlandią a kolorowymi Stanami Zjednoczonymi, ocierającymi się w swojej stylistyce o kicz (a może to kamp?).

Najbardziej wymowny w filmie Karukoskiego jest jednak motyw II wojny światowej, który ciągle powraca. Fascynująca jest parafraza, dokonywana przez reżysera. Najpierw mamy do czynienia z wojną międzypaństwową, podczas której jedynie marzenia mogą utrzymać żołnierzy przy życiu. Touke marzy o wystawie swoich prac w Luwrze, co ostatecznie nigdy mu się nie udaje. Reżyser przenosi tę wojnę na grunt walki między seksualnościami, w której społeczność LGBT walczy z normatywnością o możliwość wyjścia z cienia. Motywacja – już nie Touke a Toma of Finland – przestaje być motywacją jednostkową, związaną z własnymi pragnieniami. Działania artysty zaczynają się odwoływać do marzeń wszystkich uczestników kultury gejowskiej. Mimo że ta wojna na tle seksualności nie pochłonęła aż tylu ofiar (chociaż zachłyśnięcie się wolnością oraz powiązany z nią przygodny seks przyczyniły się do epidemii AIDS), to ich liczba z każdym kolejnym rokiem wzrasta. Kolejne osoby nie potrafią poradzić sobie z prześladowaniem. Nieakceptacją. Ta wojna, która dla wielu może wydać się skończona, wciąż poniekąd trwa. Może nie jest już tak intensywna, bo sytuacja społeczności LGBT znacznie się poprawiła, ale trwa. Zastanawiające jest to, czy ta walka o tolerancję kiedykolwiek się skończy. W końcu inność zawsze – w zależności od wartości danej grupy – w jakimś stopniu jest piętnowana. Czy ta sytuacja może w przyszłości ulec zmianie? Karukoski zostawia nas z tym pytaniem, ale nie odpowiada. Odpowiedzmy sobie sami.

Wirus HIV oraz związane z nim AIDS jest tutaj kryzysem kultury gejowskiej, który diametralnie zmienił na wiele lat sytuację społeczności LGBT na całym świecie. Szkoda, że jest to wątek potraktowany po macoszemu, jakby dla twórców wydawał się zupełnie nieistotny, albo – co gorsze – przeszkadzał w postawieniu filmowego pomnika bohaterowi (można mieć takie odczucie dlatego, że twórcy trochę mocniej zaznaczając próby poradzenia sobie z tym kryzysem niż sam kryzys, bardziej przez nich zasygnalizowany). Pomimo tego, Tom of Finland działa, punktując – zarówno pozytywnie jak i negatywnie – gejowską „wolność” i jej skutki. Mówi o walce, do której dochodziło w ubiegłym wieku i dochodzi wciąż – na naszych oczach. Pokazuje również artystę, którego twórczość dzieli, i albo nazwiemy ją sztuką, albo „rysunkowym porno”. Decyzja należy do nas.

 

 

 

Za możliwość przedpremierowego seansu filmu dziękuję dystrybutorowi

http://www.tongariro.pl/

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *