Karma wraca – recenzja filmu „Zabicie świętego jelenia” (2017)

Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe, bo czasami zło, które wyrządzimy, może do nas wrócić z potrojoną siłą. Bo tak jak za dobro otrzymujemy dobro, tak i zło kiedyś się do nas odezwie, zmieniając nasze życie w horror. Yorgos Lanthimos – twórca nadzwyczaj przygnębiającego Lobstera o ludzkiej samotności – w swoim najnowszym filmie Zabicie świętego jelenia grozi człowiekowi. Przestrzega go przed złem, z każdą kolejną sekundą szturchając go coraz mocniej, by ostatecznie zmiażdżyć go punktem kulminacji, w którym nie da się już oszukać przeznaczenia.

Spokojny lekarz, prowadzący ułożone życie, zaprzyjaźnia się z Martinem – synem zmarłego pacjenta – z którym łączy go niezwykle hermetyczna relacja. Jest to więź na tyle zamknięta, że brakuje w niej miejsca na najmniejszy oddech. Kiedy chłopiec zaczyna w niej dominować, życie głównego bohatera oraz jego rodziny przemienia się w walkę z losem – nagłym powrotem przeszłości. Ucieczka przed przeznaczeniem jest jedna: śmierć. Lanthimos uderza w swoim filmie w bardzo podniosłe tony, ponieważ jego wizja niemożliwej ucieczki przed losem ubrana jest w wizualną perfekcję, na którą składają się wysublimowane zdjęcia, ubogacone o chóralne głosy i symfoniczne dźwięki. Ujęcia, zamykające bohaterów w ich rodzinnym horrorze psychologicznym, w którym każda decyzja (jak również jej brak) prowadzi do tragedii. Tak jak sadystami można nazwać życie, karmę i przeznaczenie, które w ogóle wydaje się kwintesencją tego filmu, tak w swoim Zabiciu świętego jelenia sam Lanthimos jest poniekąd reżyserem-sadystą. Bawi się bezkompromisowo naszą cierpliwością, niechętnie przechodząc do wyczekiwanego z niepokojem sedna, eksponując przy tym demoniczność Barry’ego Keoghana (fenomenalny wybór castingowy!) oraz przygniatając nas kreowaną duszną atmosferą. Oglądanie tego filmu boli i jest to ból nieco masochistyczny, bo choć Zabicie świętego jelenia mocno przekracza naszą granicę komfortu, to prowadzi do ostatecznego filmowego spełnienia.

Karmę w kontekście filmu Lanthimosa rozumie się jako karę, stawiającą głównego bohatera przed niemoralnym wyborem. Martin wyrasta w tej historii na niemiłosiernego boga, którego można określić bogiem sprawiedliwości. Sprawiedliwość ta bazuje na odwiecznej zasadzie „oko za oko, ząb za ząb”, najpierw wymuszając na głównym bohaterze nieskuteczne próby przezwyciężenia zesłanej kary, a później całkowite oddanie się instynktom. Dopiero w momencie, kiedy sytuacja staje się klarowna, a główny bohater zdaje sobie sprawę ze swojej beznadziejnej pozycji, przypominającej zdeterminowanie przez bogów z antycznych tragedii, odzywa się w nim wewnętrzne „ja”. U Lanthimosa, strach przed samotnością i wieczną utratą najbliższych sprawia, że do głosu dochodzi egoizm, zmuszający człowieka do wyboru – bo lepiej stracić jedną bliską osobę, niż stracić wszystkich. Albo jeszcze inaczej – lepiej stracić jedną osobę i wciąż trwać z innymi. Jak jednak wybrać? Kogo ocalić? Główny bohater Zabicia świętego jelenia wybiera, ale czy słusznie i w odpowiedni sposób?

Lanthimos podaje w wątpliwość ludzką moralność, negując jej bezgraniczność. Człowiek, który staje przed wyborem, decydującym o życiu drugiego człowieka, po kolei wyzbywa się wartości uniemożliwiających mu jego dokonanie. Mimo że gniew „boga Martina” i zesłany przez niego los stawiają głównego bohatera przed kluczowym wyborem i naciskają na niego, to on przyjmuje tutaj rolę oprawcy, tracąc człowieczeństwo. Reżyser stawia nas przed jeszcze jednym dylematem. Kiedy przeznaczenie i uwikłana w nie przepowiednia się dokonają, a człowiek wybierze, co dalej? Niby traci się tylko jedną osobę, ale tak naprawdę traci się jakby wszystkie, bo rodzina przestaje być rodziną. Lanthimos trochę nieśmiało stawia nas w sytuacji głównego bohatera i gdzieś z tyłu głowy szepcze: „a Ty byś wybrał?”. Nikt jednak nie odpowiada. Może człowiek jest tym tytułowym jeleniem, który znajduje się na celowniku losu, dążącego do jego destrukcji? Zabicie świętego jelenia dosłownie wewnętrznie zabija. Perfekcją.

Powtórzę na koniec raz jeszcze: co dalej?

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *