Filmowy październik, czyli „Blade Runner 2049”, „The Square”, „Pomiędzy nami góry” i inne…

Filmowy miesiąc, czyli o filmach, które obejrzałem w danym miesiącu, a nie napisałem o nich niczego więcej na łamach bloga. Październik upłynął pod znakiem zakupionego Unlimited w Cinema City, do którego wciąż się nie potrafię przyzwyczaić, choć próbuję przymykać oko na wszystkie „niekinowe zachowania”. W październikowej odsłonie tych „recenzji-shortów” Blade Runner 2049, nagrodzone Złotą Palmą The Square, przepiękna Maudie, Pomiędzy nami góry z uwielbianą przeze mnie Kate Winslet, osadzony w Krakowie kryminał Ach śpij kochanie, komedia z Reese Witherspoon Wszyscy moi mężczyźni, kontrowersyjne Mięso, francuski Nasz najlepszy rok oraz bardzo nietypowy Photon.

Photon
reż. Norman Leto

Film Normana Leto to prawdziwe inne spojrzenie na kino. Nie dziwi więc fakt, że Photon zwyciężył właśnie w Konkursie Inne Spojrzenie na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, wcześniej zdobywając Nagrodę Publiczności na wrocławskich Nowych Horyzontach. Film ten konstrukcją zahacza o film naukowy, momentami przerywany przez wywiad z naukowcem, który jest też narratorem tej historii (dopiero po Photonie człowiek zdaje sobie sprawę, jak przyjemną dla ucha barwę głosu ma Andrzej Chyra!). I tę naukowość oraz powiązaną z nim prawdę o świecie, przekazuje widzowi w sposób dość nierówny, ale bardzo konsekwentny. Natłok informacji, które przekazuje ten film, może naprawdę porządnie zmęczyć, mimo że wszystko okraszone jest rewelacyjnymi wizualizacjami i – zapewne dla wielu widzów – kontrowersyjnymi obrazami (a jeżeli niekontrowersyjnymi, to na pewno odważnymi). Problemem w odbiorze Photonu może być jego konwencja. Z początku naprzemiennie intrygująca i potwornie męcząca, ale z czasem umożliwiająca widzowi przyzwyczajenie się do monologu o życiu. Photon jest bardzo nietypowy. Nie dla wszystkich. To film niekiedy niewiarygodnie brutalny w obrazach, bezkompromisowy, wyjątkowo mądry i wiele mówiący o człowieku oraz otaczającym go świecie. Trudny, ale ważny.

Blade Runner 2049
reż. Dennis Villeneuve

Dennis Villeneuve już jakiś czas temu wkradł się do czołówki najciekawszych reżyserów (zajmuje również zacnie wysokie miejsce wśród moich ulubieńców). Po takich filmach jak Labirynt, trochę niedoceniony przez widzów Wróg, Sicario, czy ubiegłoroczny fenomenalny Nowy początek, Kanadyjczyk stanął za kamerą Blade Runnera 2049, będącego sequelem Łowcy Androidów z 1982 roku. I czuć w tym filmie piękno, nad którym widz rozpływał się już podczas wcześniejszego filmu Villeneuve. Z tą różnicą, że w Blade Runnerze 2049 strona wizualna jest jeszcze bardziej przemyślana i dopracowana. Ten film to ciąg przepięknych kadrów, w których twórcy eksperymentują z neonami, światłem, minimalistycznymi przestrzeniami czy bardzo ciepłymi barwami. Wizualne wysmakowanie pozwala poniekąd zamaskować prostotę historii i jej pewne niedociągnięcia. Bowiem Blade Runner 2049 jest filmem nad wyraz kontemplacyjnym. Bardzo powolnym. Toczącym się jak żółw i zrywającym się na pojedyncze momenty akcji. Niektóre dłużyzny dość mocno dają się we znaki, a sam film traci narracyjne tempo. Pięknie jest nakręcony ten Blade Runner, ale w całokształcie delikatnie rozczarowujący. I ten Gosling jakiś taki drewniany.

Maudie
reż. Aisling Walsh

Nagroda publiczności dla najlepszego filmu podczas tegorocznego Festiwalu Dwa Brzegi spowodowała, że o Maudie zrobiło się trochę głośniej w środowisku filmowym. Pod tym niepozornym tytułem kryje się biograficzna historia jednej z najważniejszych kanadyjskich malarek, która związała się ze zgryźliwym i gburowatym samotnikiem. Maudie nie skupia się jednak stricte na twórczości Maud Lewis, wciąż istotnej w całej tej opowieści, lecz na relacji pomiędzy dwójką ludzi, pełną zgryźliwości, nieodwzajemnionej czasami życzliwości, ale wciąż owianej nutą pewnego uczucia. Sally Hawkins, wcielająca się w tytułową bohaterkę, kreuje w tym filmie najprawdopodobniej najlepszą dotychczasową rolę w karierze, a jeszcze nie tak dawno wydawało się, że nie zagra niczego lepszego od Poppy z wyróżnionego Złotym Globem Happy Go Lucky, czyli co nas uszczęśliwia (zresztą za znakomitą kreację aktorską Hawkins). Aktorka wydaje się murowaną kandydatką do tegorocznych nominacji do Oscara. Co więcej, wydaje mi się, że nikt inny, jak właśnie ona, nie będzie aż tak bardzo zasługiwał na tę statuetkę. Sama historia to opowieść o nieumiejętności docenienia drugiego człowieka i dostrzeżeniu jego braku. Opowieść, która spowodowała, że mury krakowskiego Kina Ars po raz pierwszy zobaczyły moje szczere łzy. I nie były one jedynymi. Ten kameralny dramat biograficzny to jeden z najlepszych filmów, jakie w tym roku będziemy mogli oglądać w polskich kinach.

Mięso
reż. Julia Ducournau

Film o wegetariance, która zjada surowe mięso i staje się kanibalem. To zdanie, krążące po mojej głowie, za każdym razem zapalało czerwoną lampkę, niebezpiecznie sygnalizującą brak gotowości na takie kino. Jednak na filmy, których historie niekiedy zakrawają o absurd i są wizją totalnie autorską, chyba nigdy nie jest się w pełni gotowym. Podobnie jest z Mięsem – cholernie stylowym i piekielnie dobrym, ale jednocześnie tak nietypowym, że znajdującym tyle samo sympatyków, co i zagorzałych przeciwników. Julia Ducournau okazuje się autorką jednego z najciekawszych debiutów ostatnich lat, w którym estetyczne doznania przeplatają się z drastycznością i wynikającym z niej obrzydzeniem. Bawi się horrorem, niepokojąc widzów w sposób zupełnie nienachalny. Dorzuca do niego nutę dramatu – wegańską rodzinę, problemy bohaterki związane ze studencką asymilacją i samą inicjację. I jeszcze muzyka – skromna tegoroczna perełka, z dodatkiem świetnie wykorzystanego Despair, Hangover & Ectasty autorstwa The Dø.

Wszyscy moi mężczyźni
reż. Hallie Meyers-Shyer

Marcin Pietrzyk w swojej recenzji dla portalu Filmweb napisał, że gdyby istniał taki gatunek jak „komedie z Reese Witherspoon”, to Wszyscy moi mężczyźni byliby jego wzorcowym przykładem. I ciężko z tym stwierdzeniem polemizować, choć ten film właściwie tylko ogranicza się do postaci Reese Witherspoon, która jest w tym filmie urocza i zapewne taka też być miała. Ciężko postawić jednak ten tytuł obok takiej przezabawnej Legalnej blondynki, która może komedią najwyższych lotów nie jest, ale za każdym razem wraca się do niej z wielkim sentymentem. Zabrakło temu filmowi nie tylko dobrego scenariusza czy ciekawych postaci, ale przede wszystkim nie zagrało coś realizacyjnie. Historia jest tak samo odgrzewana, co Party Rock Anthem wykorzystane w filmie (hit 2011 roku? może i wtedy komedia Wszyscy moi mężczyźni byłaby hitem). Nie ogląda się tego filmu tragicznie, bo Reese Witherspoon na ekranie zawsze ogląda się przyjemnie, ale nic ponadto, a właściwie ponad nią.

The Square
reż. Ruben Östlund

Ruben Östlund przed trzema laty zachwycił widzów oraz krytyków osadzonym w Alpach dramatem Turysta, by na tegorocznym Festiwalu w Cannes otrzymać Złotą Palmę dla najlepszego filmu za The Square. Pod niepozorną historią dyrektora muzeum sztuki nowoczesnej, ukrył nie tylko bardzo trafny obraz postrzegania i tworzenia sztuki, jak również funkcjonowania instytucji muzealnej, ale postawił pod znakiem zapytania pewne wartości związane z człowiekiem. Można zarzucić The Square małe nierówności, w których historia niebezpiecznie zwalnia, ale rekompensują to porażające wręcz cząstki historii. Nie chodzi już nawet o sam performance, ujęty zresztą na plakacie filmu, pokazujący, że sztuka właściwie nie ma granic (bezsprzecznie najmocniejszy moment historii, stanowiący jej filar), ale przede wszystkim o sceny ujawniające ludzki egoizm, wewnętrzną pustkę i nieumiejętność przeskoczenia pewnych sytuacji przez człowieka (fenomenalna scena wywiadu z artystą). Choć Östlund nie osądza wprost sztuki współczesnej, to The Square czyta się trochę jak Manifesto Rosefeldta. To sztuka raczej osądzająca sztukę nowoczesną. Zwracająca uwagę na jej błahość i istotny koncept, który właściwie pozostaje jedynie konceptem, a rozumienie jej ogranicza się właściwie do ładnej fotki z modnego miejsca na swojego Instagrama. The Square mówi więc o sztuce, ale przede wszystkim – warto dodać, że w fenomenalny sposób – punktuje człowieka, rzucając w niego jego własnymi brakami.

Nasz najlepszy rok
reż. Cédric Klapisch

Francuski Nasz najlepszy rok to komediodramat opowiadający o konflikcie rodzinnym, związanym z rozstaniem, śmierci bliskiej osoby i koniecznym zjednoczeniu, które pomoże w uratowaniu rzeczy w tej rodzinie najważniejszej – winnicy. Cédric Klapisch – reżyser i scenarzysta – przenosi nas do francuskiej wsi, słynącej z produkcji win, czarującej nas swoim krajobrazem. I choć ostatecznie tego czaru do końca filmu nie wystarcza (chociażby ze względu na powielanie się niektórych obrazów w nieskończoność), a Nasz najlepszy rok jest co najwyżej średni, to osobom, które są rozkochane w powolnym francuskim kinie, umożliwiającym delektowanie się francuskim krajobrazem, może tego czaru wystarczyć. O ile niezwykle smaczne przedstawienie tego miejsca może wpłynąć pozytywnie na jego wizualność, o tyle powoduje, że Nasz najlepszy rok traci swoją fabularną wyrazistość i staje się nijaki. Podobnie jak metaforyczne wstawki, zahaczające o metafizykę i zaginające czasoprzestrzeń, które bardziej nużą niż wprowadzają nutę poruszenia i kontemplacji. Ładny to film i bardzo dobrze zagrany (Pio Marmaï, Ana Girardot i François Civil), ale długi i nieangażujący.

Ach śpij kochanie
reż. Krzysztof Lang

Ku zdziwieniu wszystkich, Ach śpij kochanie zabrakło w oficjalnej selekcji do Konkursu Głównego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Po obejrzeniu filmu Krzysztofa Langa, to zdziwienie trochę jednak maleje. Zaintrygowani stylizacją Andrzeja Chyry na Hannibala Lectera z Milczenia owiec, otrzymaliśmy ciekawego Chyrę w zupełnie zwyczajnym, a momentami nawet przeciętnym kryminale. Trzeba jednak przyznać, że pomimo tego, film ten mógł zająć miejsce innych dużo gorszych tytułów z Konkursu Głównego (Volta, Wyklęty, o tej nieszczęsnej, zdecydowanie najgorszej Catalinie nie wspominając). Akcja filmu rozgrywa się w Krakowie, gdzie dochodzi do serii zaginięć oraz morderstw. Młody milicjant próbuje przekonać prokuratora, że za tymi czynami stoi seryjny morderca. Mamy w Ach śpij kochanie trochę Krakowa z lat 50. Czuć nawet momentami jego klimat. Aktorsko jest dobrze. Gdyby nie charyzmatyczny Chyra, film ponownie skradłby Arkadiusz Jakubik (czyli tak jak zawsze), ale na uwagę zasługuję również Katarzyna Warnke, która po wybijającej się zdecydowanie na przód roli w Botoksie, tutaj ponownie kradnie kilka cen. Problemem filmu jest jednak brak napięcia oraz zupełnie nieporywające prowadzenie historii. Taki kryminał bez szczególnych urozmaiceń. Raz lepszy, raz trochę gorszy. Zupełnie średni.

Pomiędzy nami góry
reż. Hany Abu-Assad

Brakuje ostatnio jakiejś ciekawej pierwszoplanowej roli Kate Winslet, w której mogłaby rozwinąć swoje aktorskie skrzydła. Wreszcie to jedna z najciekawszych postaci współczesnego kina i mimo że bardzo dobrze radzi sobie nawet w filmach przeciętnych (kluczowy przykład Movie 43), to chciałoby się zobaczyć ją w jakimś dziele na miarę Lektora czy Drogi do szczęścia. Niewiele nowego do filmografii Kate Winslet wnosi również film Pomiędzy nami góry, opowiadający o katastrofie samolotu i uwięzieniu dwójki osób w górach, z których – zdawać by się mogło – nie ma ucieczki. Hany Abu-Assad nawet na moment nie próbuję uciekać od schematycznych rozwiązań. Jego film od początku do samego końca spełnia oczekiwania widza, wymagającego rozrywki z trochę wyższej półki. I choć niekiedy rozmowy bohaterów trochę uwierają, to napięcie wytworzone między Kate Winslet i Idrisem Elbą działa do ostatniej sceny. Skutkiem tego jest przyjemny seans. Może nieszczególnie wymagający, ale dostarczający dawkę konkretnych emocji. Samą Kate chcę wreszcie zobaczyć w czymś ciekawszym. Filmowo ważniejszym. Może u tego Allena się uda?

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *