Coraz bliżej Święta – recenzja filmu „Listy do M. 3” (2017)

Nowych Listów do M. można się było bać. Po wyjątkowo ciepłym i pełnym świątecznej magii otwarciu serii, które zgromadziło w kinach ponad dwa i pół miliona Polaków, część druga pozostawiała wiele do życzenia. Brakowało przede wszystkim klimatu, którym czarowała nas pierwsza odsłona Listów do M. oraz lekkości, a sama komedia przypominała jeden wielki ludzki dramat, grający w dodatku na emocjach widzów w najtańszy sposób. Ponownie zmienił się reżyser, a za kamerą stanął Tomasz Konecki (twórca Testosteronu i Lejdis) i udała mu się rzecz najważniejsza – do Listów do M. powróciła zagubiona magia.

Zaskoczenie przy trzeciej części jest o tyle duże, że Konecki bardzo mocno zbliża się do wciąż niedoścignionej części pierwszej. Przede wszystkim pod względem uroku całokształtu. Być może to efekt nienachalnego sygnalizowania świątecznej magii, w odróżnieniu od części drugiej. Nie ma tutaj wiele padającego śniegu. Po oczach nie uderzają lampki świąteczne. W zamian otrzymujemy historię angażującą oraz naprzemiennie bawiącą i poruszającą. W dodatku – bardzo ładnie zrealizowaną. Cieszą nowe twarze w tej serii, które wprowadzają do filmu dość sporo świeżości (przeuroczy wątek Zuzy, Rafała i przesłodkiego Kuby), ale również rozwój dobrze znanych nam bohaterów, do którego doszło w czasie między obiema częściami. Razem z nimi rozwinął się też scenariusz i wszystko wydaje się w nim na swoim miejscu, łącznie z żartami oraz emocjami. Koneckiemu udaje się wyśrodkować swój film. Nie skacze od ckliwości do mocnych żartów, a raczej balansuje pomiędzy lekkim poruszeniem (oczywiście ewoluującym pod koniec filmu) i niezbyt wyzywającymi żartami (może z wyjątkiem tego guza mózgu Kariny, który słyszeliśmy milion pięćset razy w zwiastunie). Może to właśnie ta łagodność jest kluczem odnalezionym przez reżysera do stworzenia ciepłego i klimatycznego filmu?

Po magicznych zamknięciach każdego spośród najważniejszych wątków, wokół Listów do M. 3 tworzy się taka świąteczna otoczka, którą wyczuwa się w serduchach, mimo że w Polsce wciąż króluje jesień, a kalendarze bezlitośnie wskazują pierwszą połowę listopada. Zapomina się nawet na moment o tym, co w trzeciej części trochę się nie udało. Nie jest to film idealny czy ścięty na miarę, a szczególnie przez jego pierwszą połowę brnie się raz lepiej i przyjemniej, a raz trochę gorzej i z problemami. Być może to efekt tego, że chce ona poniekąd zasygnalizować to, co działo się u bohaterów w tak zwanym międzyczasie, a my po koszmarku w postaci drugiej części nie jesteśmy tym aż tak bardzo zainteresowani, jak twórcom mogło się wydawać (bo o dwójce raczej chce się zapomnieć). Być może to skutek tego, że prawdziwa magia w Listach do M. 3 pojawia się właśnie w tej drugiej połowie i dopiero wtedy ten film naprawdę zaczyna się czuć.

Ponownie najbardziej charyzmatyczna na ekranie jest Agnieszka Dygant, która tym razem szarżuje jeszcze bardziej, a jej Karina momentami przypominać może Franię Maj, bardzo dobrze znaną fanom serialu Niania. Rewelacyjnie obserwuje się również Wojciecha Malajkata oraz Izabelę Kunę (mimo że tak mało wspólnych scen, a tyle skrajnych, intrygujących emocji między ich postaciami). Wreszcie porządnego wątku, pełnego wzruszeń, ale i dobrej zabawy, doczekał się Tomasz Karolak, który – podtrzymuję swoje zdanie z poprzednich części – jest bardzo fajnym Świętym Mikołajem. Miło ogląda się również Filipa Pławiaka oraz Katarzynę Zawadzką (jacy oni w tym flircie swoich postaci są cudowni i magnetyczni), ale również najmłodszych – Weronikę Wachowską i Mateusza Winka. Aktorom na ekranie towarzyszy piękny, delikatny soundtrack, dodający całokształtowi kolejnych barw. Same Listy do M. 3, choć nieidealne, warto zobaczyć. To niezwykle ciepły film, który narobi Wam apetytu na bożonarodzeniowe Święta. Więcej nie piszę. Po prostu wysyłam Was do kin.

2 Comments

  1. Agata

    Zupełnie się z tym nie zgadzam, jedynka i dwójka były super, a trójka to jakieś totalne nieporozumienie, w ogóle nie czuć świąt, a wątki ciagniete są na siłę. Także nie rozumiem tej recenzji.

    Reply
    1. Paweł Pachla (Post author)

      Zgadzać się nie trzeba, broń Boże, ale naprawdę w dwójce czuć święta? To ja chyba bez uczuć jestem 😀 Pozdrawiam!

      Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *