Spadł już śnieg – recenzja filmu „Pierwszy śnieg” (2017)

Coś się w Pierwszym śniegu ewidentnie nie udało, jeżeli na ekranie oglądasz Michaela Fassbendera, Chloe Sevigny, Charlotte Gainsbourg czy J. K. Simmonsa w filmie zdobywcy nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej dla najlepszego brytyjskiego filmu, zrealizowanego w dodatku na podstawie światowego bestsellera, a film pozostawia z odczuciem nijakości i niespełnienia. Nie czytając pierwowzoru autorstwa Jo Nesbø, zaryzykuję stwierdzenie, że Pierwszy śnieg to ekranizacja, która nigdy nie powinna powstać.

Sceptyczne nastawienie wobec Pierwszego śniegu jako ekranizacji książki, wcale nie wynika z faktu, że jest to ekranizacja wybitnie zła. Nie wiem i nawet nie próbuję prywatnie na to pytanie odpowiadać (choć patrząc na komentarze pojawiające się na forach, mógłbym w ciemno zaryzykować, że film również kuleje jako adaptacja). To przede wszystkim historia, która potrzebowała finezyjnego dopieszczenia. Pierwszy śnieg to tegoroczny idealny przykład filmu, dopasowującego się do częstego zarzutu wobec nieudanych ekranizacji, że nie wszystko, co w książce, udaje się też w jej filmowej adaptacji. Najgorsze jest to, że w filmie Tomasa Alfredsona najbardziej kuleje motyw najważniejszy – motyw bałwana, pojawiający się w historii za każdym razem, gdy mamy do czynienia z kolejnymi morderstwami. Motyw, który być może wnosi do książki nutę grozy, w filmie ociera się momentami o groteskę, nie wynikającą z samego pomysłu, a z realizacji i samego przedstawienia (co najgorsze, raczej ciężko przedstawić ten motyw bałwana w sposób jakkolwiek angażujący i niepokojący). Podobne odczucie pozostawia po sobie zakończenie, które w filmie przypomina bardziej niefortunny ciąg zdarzeń niż trzymający w napięciu finał.

W Pierwszym śniegu udała się przede wszystkim Norwegia, zachwycająca swoim zimowym górzystym krajobrazem, przepełnionym unikatowym skandynawskim klimatem. Czuć ten klimat w samym filmie, a Tomas Alfredson jakby w prezencie otrzymuje coś, czym Pierwszy śnieg może niejednokrotnie zaintrygować (szczególnie osobę, która po cichu marzy o jakiejś skromnej podróży do Oslo). I na tym klimacie właściwie ten film się kończy, bo nie ma w nim ani za wiele emocji, ani Fassbendera, dla którego ewentualnie można byłoby ten film obejrzeć (chyba nigdy dotychczas nie widziałem go w kreacji tak przeciętnej, stworzonej jakby od niechcenia) oraz J. K. Simmonsa, który sili się na coś w rodzaju czarnego charakteru, co wychodzi mu niestety z różnym skutkiem.

Obserwujemy w tym filmie tendencję spadkową. Zaczynamy od motywu świetnie nakręconego, który wzbudza przeróżne emocje, będąc jednocześnie niekontynuowanym później uderzeniem. Dalej idziemy przez śledztwo wraz z niewyrazistym komisarzem o twarzy Michaela Fassbendera, o którym właściwie wiemy tyle, że jest alkoholikiem, bo nam o tym powiedziano i kończymy naiwnym finałem, będącym kwintesencją Pierwszego śniegu. Najlepsze jest jednak to, że gdzieś w okolicach połowy filmu, rozszyfrowałem zabójcę i poczułem się jak prawdziwy detektyw. I za to do oceny Pierwszego śniegu dodaje plusika, bo inni reżyserzy mi na to nie pozwalają, a ja długo na takie pozwolenie czekałem. Zapomnijmy, że ten film się wydarzył.

 

 

foto: spidersweb.pl

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *