Samotność jako zgliszcza miłości – recenzja książki „Portret młodej wenecjanki” Jerzego Pilcha

W trakcie dwóch lat studiów kulturoznawczych, o żadnym polskim pisarzu nie osłuchałem się tyle, ile osłuchałem się o Jerzym Pilchu. I od razu uprzedzając Wasze pytanie – nie, nie wynika to z jego wszechobecności w kulturoznawczych dyskursach. Wystarczy w gronie swoich najbliższych znajomych mieć miłośniczkę Pilcha, uprawiającą niemal dojrzalszą odmianę fangirlingu. Portret młodej wenecjanki to moje pierwsze literackie spotkanie z tym autorem. Trochę nieodpowiednie, bo nieodpowiednim jest rozpoczynanie od ostatniego tytułu spośród wszystkich dokonań Pilcha. Spotkanie to stało pod znakiem emocjonalności i rosnącego z każdą kolejną odkrywaną stroną podekscytowania oraz zainteresowania postacią Pilcha.

Głównym bohaterem powieści jest niedoszły historyk sztuki. Pewnego dnia poznaje przepiękną Pralinę, której piękno porównuje do kobiety doskonałej z obrazu Albrechta Durera (jego tytuł znalazł zresztą swoje miejsce zacne w tytule książki Pilcha). Szybko okazuje się, że relacja z niezwykle tajemniczą kobietą okazuje się burzliwa i pełna niedopowiedzeń, które od początku nie zwiastują dobrze kochankom. Portret młodej wenecjanki nie traktuje jednak o nieszczęśliwej miłości, a skupia się raczej na poczuciu samotności. Sam autor w odosobnieniu duma nad tym, czym tak naprawdę jest miłość i próbuje rozwikłać jej ideały. Jakby trochę ostrożnie ukrywa się pod postacią głównego bohatera, przez co jego rozważaniom nie brak nuty prywatności, ale i odczucia pewnej izolacji. Już sama literacka inicjacja z Portretem młodej wenecjanki jest kontaktem niezwykle osobistym. Wyciszonym. Indywidualnym. Bo choć rozważania Pilcha odnosimy głównie do jego osoby i z nią przede wszystkim je utożsamiamy, to ich uniwersalność i pewna powtarzalność w życiu wielu ludzi nie pozwala wręcz na nie współdzielenie ich wraz z autorem. Osobiście pomimo braku podobnych rozterek i problemów z pojęciami miłości oraz kochania drugiego człowieka, w rozważaniach Pilcha zatonąłem.

Portret młodej wenecjanki wzbudza zupełnie skrajne emocje, zdominowane przede wszystkim przez rozgoryczenie. Chociaż nawet i ono musiało ustąpić miejsca wzruszeniu, wywołanym przez trzecią, przepiękną część autorstwa Atiny Milić. Od rozgoryczenia i wzruszenia przechodzimy kolejno do porywających eseistycznych wywodów Pilcha, które bez wątpienia są najistotniejszym punktem jego ostatniego dokonania. Pełne są wyjątkowo trafionych spostrzeżeń. I nieważne czy Pilch mówi w danym momencie o chorobie, samotności, miłości czy śmierci Jana Pawła II. Każda obserwacja wydaje się obserwacją niezwykle w punkt. W Portrecie młodej wenecjanki nieszczęśliwa miłość do Praliny staje się jedynie bardzo zgrabnym pretekstem do opowiedzenia tej drugiej opowieści ujętej w książce – opowieści o życiu. Bez tego życia, nawet wodząca czytelnika za sobą historia miłości do pięknej kobiety niczym młodej Wenecjanki, nie byłaby już tak bardzo intensywna. Bez niego – czyli szeroko rozumianego życia – Portret Pilcha nie byłby takim samym portretem, bo nie o kobietę tu chodzi, a właśnie o mężczyznę, któremu niby jest dobrze w pojedynkę, ale trochę narzeka. Najważniejsze jednak, że na tym narzekaniu nie poprzestaje. I walczy. O osobliwie rozumianą miłość.

Spoglądając na Portret młodej wenecjanki Jerzego Pilcha, ostatecznie postawię moją sympatię do tej książki pod maleńkim, ale bardzo mocno mi – oczywiście jako czytelnikowi – przeszkadzającym i nie mającym jakiegokolwiek uzasadnienia, znakiem zapytania. Pierwsze spotkanie z twórczością Pilcha pozostawiło mnie z małym niedosytem. Ten niedosyt noszę w sobie od kilku dni i nie potrafię sobie z nim poradzić. Nie umiem znaleźć rozsądnego wyjaśnienia jego obecności. Niejasne jest jego źródło. Być może to niedosyt spowodowany zbyt szybkim końcem tego spotkania i znak, by kontynuować je przy kolejnej książce. Być może to wynik niewystarczającego zaangażowania z mojej strony. Ale czy da się jeszcze bardziej zaangażować? Portret młodej wenecjanki podobno nie jest najlepszą książką Pilcha. Boje się, jak rewelacyjne muszą być pozostałe!

 

2 Comments

  1. Karolina Kurando

    To przy "Wielu demonach" będziesz krzyczał z rozkoszy.

    Reply
  2. Paweł Pachla

    W takim razie już mam wybraną książkę na kolejne spotkanie z Pilchem!

    Reply

Podyskutuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *